Hej kochani!
Wybaczcie moją nieobecność w blogosferze- wynikała ona z zaczarowania wiosną- weekend spędziłam cudownie, wiosennie, romantycznie.
By podtrzymać dobry nastrój z weekendu, na początku tygodnia wpadła mi w łapki zdobycz cudowna. Jak być może już wiecie, jestem jedną z tych szczęściar, które załapały się na wspólne zamówienie L'Orealowych Balmów, które organizowała kochana Malowajka. Ajka wyczaiła aukcję, założyła za nas pieniądze, czekała na przesyłkę z USA, a potem porozsyłała Balmy do wszystkich dziewczyn, które zdeklarowały chęć zakupu jednego z nich. Jestem Malowajce dozgonnie wdzięczna, bo gdyby nie jej pomysł, pewnie dalej marzyłabym o legendarnym Balmie. Dziękuję z tego miejsca ponownie :*

Dziś pokażę Wam kilka zdjęć zrobionych na szybko, swatch na ustach i na łapce.
Kiedy tylko listonosz dostarczył mi przesyłkę rano, po prostu rozerwałam kopertę, bo nie mogłam opanować ciekawości. Od razu wymaziałam się Balmem i... zachwyciłam się. Co prawda nie mogę powiedzieć, by była to miłość od pierwszego wejrzenia- raczej zachwyt. Pomaziam się jeszcze jakiś czas i wtedy dam Wam znać, co tak naprawdę o tym legendarnym balsamie sądzę.
Przyznam, że bardzo podoba mi się opakowanie i efekt na ustach. Wbrew moim obawom kolor nie jest ciemny- rzeczywiście słaba pigmentacja daje tylko lekki efekt ocieplenia, a nie pełny kolor. Do tego balsam zawiera bardzo drobne, delikatnie błyszczące drobinki (ale spokojnie, do efektu tandety mu daleko). Zakochałam się również w zapachu- moja mama (domowa specjalistka od zapachów) stwierdziła, że pachnie chałwą. Mi jednak bardziej przypomina słodką czekoladę mleczną z waniliowym nadzieniem. W każdym razie zapach jest słodki i bardzo kusi do maziania się balsamem.
Ok, koniec gadania, czas na zdjęcia.

Zdjęcia na szybko = zbyt jasne światło = odrobinę zbyt pomarańczowy wyszedł ten balm

Tak mi ręce drżały z radości, że podczas zamykania zahaczyłam o zatyczkę i dlatego taka dziurka na powierzchni balma.


Tutaj widać delikatny shimer.
Tak, wiem- mam tragiczną cerę :P


Witajcie kochane!
Dzisiaj będziecie miały kolejną szansę na odkrycie moich małych tajemnic ;) Tagi to świetny sposób, by blogerki lepiej się poznały, dlatego zawsze chętnie uczestniczę w takich zabawach.

Do tego tagu zaprosiła mnie sama pomysłodawczyni, więc czuję się tym bardziej zaszczycona, że będę miała okazję pochwalić się odpowiedziami jako jedna z pierwszych.
Zaproszenie przywędrowało do mnie od Fresh Linen - dziękuję serdecznie! :*

Zasady:
1. Napisz, kto Cię otagował i opublikuj zasady zabawy.
2. Wymień rzeczy, które zawsze znajdują się obok Twojego łóżka, np na szafce nocnej. Jeśli chcesz, możesz także zamieścić zdjęcia.
3. Zaproś do zabawy 5 lub więcej innych blogerek.

Zacznę od tego, że niestety nie posiadam szafki nocnej i bardzo nad tym faktem ubolewam :( Przy obecnym układzie mebli nie ma szans na wciśnięcie gdzieś nawet malutkiego stolika. Dlatego wszystkie rzeczy, które mogą być mi potrzebne przed snem, w nocy lub zaraz po przebudzeniu, trzymam na najbliższych półkach, które pokażę Wam na poniższych zdjęciach.


Tutaj uniwersalna szafka koło mojego biurka- spełnia rolę biblioteczki z moimi dawnymi lekturami szkolnymi, na górze stoi drukarka, na półkach poniżej mieszka moja bielizna, scrapowe przydasie i... kosmetyki :) A poza tym trzymam na niej wszystkie różności, które lubię mieć zawsze pod ręką.

1. Euthyrox - jeszcze Wam o tym nie mówiłam, ale moja tarczyca już nie funkcjonuje i muszę codziennie już do końca życia brać leki, które zastępują naturalnie wydzielane przez tarczycę hormony. Codziennie na czczo pół godziny przed jakimkolwiek posiłkiem czy kawką biorę taką małą tabletkę. Lek jest schowany na półce, by nie dostał się w niepowołane ręce i nie świeciło na niego słońce :)

2. Szkła kontaktowe - tego chyba też jeszcze o mnie nie wiedzieliście- noszę soczewki. Moja wada wzroku nie jest jakoś tragicznie ogromna, ale nie potrafię przyzwyczaić się do okularów, więc noszę soczewki. Ten zielono-biały pojemnik służy właśnie do ich przechowywania.

3. CeraNova - ziołowy suplement diety, który ma pomóc mi w walce z niedoskonałościami cery. Jestem Ambasadorką marki, lek przyjmuję dwa razy dziennie, więc lubię go mieć pod ręką i na widoku, by o nim nie zapomnieć.

4. Olej kokosowy Dabur Vatika - smaruję nim włosy co drugi dzień, rzęsy i paznokcie codziennie.

5. Odżywka do paznokci z keratyną Paloma - nakładam codziennie rano.

6. Carmex - niezastąpiony nawilżacz do ust. Czasami nie stosuję go w ciągu dnia, ale na noc obowiązkowo musi być.

7. Krem do rąk Alterra - kremy do rąk stosuję nałogowo- w ciągu dnia kilka razy, na noc obowiązkowo. Teraz akurat mam Alterrę, ale to się zmienia.

8. Gaston i Mój Szczęśliwy Miś - nie śmiać się! Jako dziewczynka kolekcjonowałam misie. Ten malarz w bereciku to Gaston, a ten mały to Mój Szczęśliwy Miś (nie dorobił się imienia), który w podstawówce pomagał mi na wszystkich sprawdzianach i konkursach.

9. Opaski do włosów - jestem opaskową maniaczką, a to na zdjęciu to tylko fragment mojej kolekcji. Uwielbiam zwłaszcza takie z kokardą i w jasnych kolorach, żeby odznaczały się od moich ciemnych włosów.

10. Zeszyt z przepisami - średnio go widać, musicie mi uwierzyć na słowo. Znajdują się w nim przepisy na moje ulubione dania, które często przyrządzam. Lubię zapisywać przepisy ręcznie- jakoś tak łatwiej mi wtedy coś z nich wywnioskować potem.

11. Indeks - teraz to już niestety tylko piękna pamiątka, bo od tego roku moja uczelnia wprowadziła indeks elektroniczny. Z jednej strony trochę żal, a z drugiej strony oszczędza mi to ogromnie dużo czasu, bo nie muszę biegać po wpisy do wykładowców.

12. Pudełko na wszystko - metalowy pojemniczek w kształcie serca. Były w nim kiedyś wiśnie w likierze, które mój tata dostał od mamy na walentynki dawno temu. Potem pojemnik przejęłam ja i trzymam w nim wszystko- kolczyki bez pary, kolekcjonerskie monety, zepsutą bransoletkę, kartę SD i serce z kamienia, które kilkanaście lat temu wyrzeźbił dla mnie tata.

13. Pudełka z biżuterią - to z czerwoną wstążką kryje kolczyki od Anetki (Sweet Perelka), a dwa pozostałe są od mojego TŻ. To z fioletową wstążką pokazywałam Wam kiedyś TU w ramach chwalenia się prezentem walentynkowym ;)


To mój kącik egzotyczny ;) Znajdują się tu różne dziwne figurki, o których po kolei będę pisać. Robiąc to zdjęcie, siedziałam na łóżku- jak widać, obok półki jest szafa, która tak dziwnie się otwiera, że niestety uniemożliwia mi ustawienie przy łóżku szafki nocnej :(

1. Aparat i gadżety - ta czarna masa to moje cudeńka. Torba kryje w sobie moją lustrzankę. To czarne coś z napisem "light.. cośtam cośtam" to złożony namiot bezcieniowy, prezent od kochanej siostry. Z tyłu za nimi jest jeszcze statyw w czarnym pokrowcu.

2. Egipskie figurki - bardzo dziwne rzeczy. Mam je z jakiejś gazetki, bo jako małe dziecko nałogowo kupowałam gazety wydawane przez DeAgostini. Nie wiem, czemu jeszcze się ich nie pozbyłam :P

3. Perfumy - na tej szafce stoją te, których akurat używam. Fioletowe to Christian Lacroix Nuit z Avonu, a szaro-różowe to Mia z Close2You, którą też pokazywałam Wam w ramach chwalenia się prezentem walentynkowym.

4. Kot z drewna balsa - kupiłam go już dobrych kilkanaście lat temu nad polskim morzem (wbrew pozorom nie jest to pamiątka z wyprawy po Amazonii czy innych dzikich miejscach :P). Mam do niego ogromny sentyment, gdyż kupiłam go za 25zł, co było dla mnie wtedy wielką sumą. Nie chciałam pokazywać go tacie, który krytykował takie nierozsądne zakupy, więc przemycałam go w drodze powrotnej do domu.

5. Chusteczki higieniczne - nie muszę chyba tłumaczyć, dlaczego znajdują się przy łóżku.

6. Balsam do ciała Synergen - w tym kąciku obok szafy lubię się smarować mazidłami, bo nikt z domowników mnie nie widzi ;)

7. Krople do nosa Rhinazin - lek mojej siostry, chociaż w razie choroby ja też z niego korzystam.

8. Masło do ciała Isana - kolejne mazidło, którym się smaruję akurat tam, by nikt mnie nie widział.

9. Trufle - zazwyczaj nie trzymam przy łóżku słodyczy. Tym razem jednak jest to pozostałość pourodzinowa i właściwie... nie wiem, czemu są akurat tam xD

10. Egipski papirus - ten obrazek przywiozła mi z Egiptu kochana ciocia (ta sama, która dała mi na urodziny boskie kosmetyki). Wisi tam, bo pasuje do kota i do tych dziwnych figurek.

Tak właśnie prezentuje się mój niezbędnik.
Teraz nastąpi chwila prawdy... kogo zaprosić do zabawy? Bardzo się spieszę, by chociaż raz w życiu nie spóźnić się na spotkanie z moim TŻ, więc odpuszczę sobie wywoływanie do tablicy- piszcie, co trzymacie obok łóżka w komentarzach lub jeśli chcecie, czujcie się zaproszone do opublikowania takiej tagowej notki u siebie :)

pozdrawiam :*
Długo nie mogłam się zmobilizować do recenzji tego mazidła, chociaż poznałam go całkiem nieźle. Prawie całą serię Energy wygrałam już dość dawno temu w urodzinowym konkursie firmy. W skład zestawu wchodził żel pod prysznic, balsam do ciała, żel do mycia twarzy, pomadka do ust, maseczka w saszetce, antyperspirant w sprayu oraz podpaski. Są to kosmetyki przeznaczone głównie dla nastolatek- kuszą ładnymi grafikami na opakowaniu, ciekawymi zapachami i niewysoką ceną. Podzielone są na trzy serie. Na fanpage Teens Power znajdziemy porady, które pomogą nam zdecydować, która seria będzie dla nas idealna:
- Energy - "Twój power to dynamiczność! Sto tysięcy zajęć pozalekcyjnych, życie w ciągłym biegu, spontan i szalone decyzje pod wpływem chwili to cała Ty"
- Relax - "Poweru dodaje Ci łyk zielonej herbaty, ćwiczenia jogi, wycieczki rowerowe i wypoczynek na łonie natury! Jesteś oazą spokoju i masz duży dystans do życia"
- Sensitive - "Długi, niczym niezmącony sen to podstawa Twojego całodziennego poweru. Romantyczna komedia, zakupy z przyjaciółką i marzenia o księciu na białym koniu"

No cóż... Powyższe typy są oczywiście dość mocno przerysowane i niekoniecznie muszą wskazywać na to, który zapach nam się naprawdę spodoba. Zwłaszcza, że brzoskwinia w serii Energy jest moim zdaniem trochę mdła i niespecjalnie dodaje energii, ale o tym za chwilę...

Aby móc ocenić ten balsam, trzeba zastanowić się, czego tak naprawdę należy wymagać od kosmetyków dla dziewczyn w wieku nastu lat. Całą serię określiłabym jako kosmetyki dla skóry niewymagającej, raczej bez większych problemów. Są to takie zwyklaki, których największym atutem są chyba zwracające uwagę opakowania i różne bajery (jak np. błyszczące drobinki w opisywanym tutaj balsamie do ciała). Dlatego też do oceny balsamu podeszłam na luzie, bez jakiś specjalnych wymagań. Co z tego wyszło? Czytajcie dalej :)

Wygrałam wersję po rosyjsku xD

Opakowanie: tutaj bez narzekania- opakowanie prezentuje się bardzo estetycznie, ma intensywny kolor i nadrukowaną ładną grafikę, więc na pewno zwraca na siebie uwagę na półkach sklepowych. Jest to miękka plastikowa tubka z wygodnym zamknięciem. Dzięki temu, że cały czas ustawiona jest na zakrętce, nie ma problemu z wydobyciem balsamu. Kiedy kosmetyk się kończy, bez problemu przetniemy tubkę i wydobędziemy resztki (choć pozostaje ich niewiele, bo balsam ma raczej lekką konsystencję).

Używanie i efekty: Balsam jest raczej rzadki, łatwo wypływa z opakowania, świetnie się rozprowadza na ciele, bardzo szybko wchłania. Poziom nawilżenia określiłabym jako średni- do normalnej skóry będzie wystarczający, nie pozostawi tłustej warstwy, jednak na skórze suchej balsam będzie za słaby.
Zapach jest całkiem przyjemny, brzoskwiniowy, jednak ma w sobie dużo słodkich nut, przez co wydaje mi się troszkę mdły. Po kosmetyku z serii Energy spodziewałam się mocno owocowego, orzeźwiającego zapachu, jednak troszkę się zawiodłam w tej kwestii.
Balsam ma kolor mocno rozbielonej brzoskwini. Dlaczego o tym piszę? Ponieważ podczas jego używania zaobserwowałam, że moja biała gąbka robi się coraz bardziej pomarańczowa... Używałam wtedy różnych żeli pod prysznic, jednak żaden z nich nie był pomarańczowy, więc uznałam, że musi to być sprawka balsamu. Co ważne- posmarowane nim ciało nie farbowało ubrań- nosiłam nawet białą bieliznę i nic.
Kosmetyk zawiera w sobie błyszczące drobinki, które mają rozświetlać ciało. Dla mnie to jednak kolejne niepotrzebne i średnio udane szmery-bajery. Drobinki są za duże i po wchłonięciu się balsamu po prostu oblatują z ciała... Kiedy używałam balsamu w łazience, całą podłogę miałam brokatową xD Reszta, która nie obleciała podczas aplikacji, osiadała na ubraniu, a na skórze nie pozostawało już nic.
Dodam jeszcze, że balsam nie wywołał u mnie podrażnień.

Skład: Nie powala na kolana. W INCI znajdziemy d-panthenol, który działa łagodząco. Dość wysoko na liście składników znajduje się spora liczba parabenów.

Dostępność: większość drogerii, Internet
Cena: W granicach kilkunastu do kilku złotych. Zależy, gdzie kupujemy. W sklepie internetowym producenta balsam kosztował 8zł, jednak teraz trwa mega promocja- balsam ten możemy kupić za... 1zł!!! ale termin ważności jest tylko do sierpnia. Więc jeśli ktoś ma zamiar zużyć kosmetyki do sierpnia, polecam zajrzeć na stronę http://www.sklep.pollenaewa.com.pl/

Ocena: 3-/6 (niezły kosmetyk dla niewymagających konsumentek. Cena przyzwoita, ładne opakowanie, ale wolałabym coś mocniej nawilżającego, coś, co nie farbuje gąbki i nie robi z mojej podłogi w łazience danceflooru przez ogromną ilość brokatu.)



Znacie serię For Teens? Co o niej sądzicie?

A teraz jeszcze troszkę chwalenia- moje szczęście chyba osiągnęło szczyty (no dobra, może nie- bardziej mogłoby się wykazać chyba tylko w przypadku losowań Lotto, ale nie daję mu tej szansy, bo nie gram). Wygrałam u Urbanka (!!!) niedostępny w Polsce (chyba... jeszcze jakiś czas temu go nie było, nie sądzę, by coś się w tej kwestii zmieniło) korektor pod oczy Maybelline Instant Age Rewind, który sama Urbi polecała i kusiła nim okrutnie.
Dziękuję bardzo! :* Moje podoczy i ja sama jestem niezmiernie wdzięczna :*

Zdjęcie pochodzi z bloga http://urbanstateofmind.blogspot.com/
Podczas haulu z moich ostatnich zakupów, kilka osób zainteresowanych było recenzją kosmetyków BingoSpa. Jak wiecie, na moim blogu pojawiło się już całkiem sporo opinii o kosmetykach tej firmy (znajdziecie je, klikając w zakładkę Kosmetyki od A do Z pod literą B oczywiście). Ale skoro jeszcze nie macie dość, dzisiaj poznacie Mleczko kolagenowe do kąpieli z jogurtem i białą glinką BingoSpa.


Opakowanie: Standardowa plastikowa butelka mieści w sobie 500ml produktu. Jest to wygodne opakowanie- łatwo można wylać do wanny odpowiednią ilość mleczka. Tak jak w przypadku innych produktów BingoSpa, tak i tutaj przyczepię się do etykietki- powinna być w jakiś sposób zabezpieczona, bo niestety łatwo nasiąka wodą i wygląda niezbyt estetycznie i poza tym szybko się niszczy. Plus za przezroczystość opakowania- bardzo lubię, kiedy mogę jednym spojrzeniem ocenić, ile kosmetyku jeszcze mi zostało, a ile już zużyłam. Nieprzezroczyste opakowania to moja zmora ;)


Użytkowanie: Mleczko ma dosyć gęstą konsystencję. Przechylając butelkę nad wanną nie mamy obawy o to, że wypłynie pół jej zawartości- mleczko leje się cienkim strumieniem, bo jest tak gęste, że bardzo powoli wypływa przez otwór. Ma piękny zapach- cała linia kolagenowa z BingoSpa ma tą samą nutę zapachową, co uważam za dobre rozwiązanie. Zapach ten jest perfumowany, przyjemny, jednak nie aż tak intensywny, by kąpiel doprowadzała nas do odruchu wymiotnego ;) Bardzo ładnie się pieni. Co do wydajności- w butelce mamy 500ml. Na etykietce znajdziemy informację, że na jedną kąpiel potrzebujemy około 100ml. Czyli mleczko powinno wystarczyć na 5 kąpieli. Moim zdaniem jednak kosmetyk jest na tyle wydajny, że ja dawałam jedynie 50ml i to w zupełności wystarczało- miałam całą wannę piany.

Efekty: Nie mam dużych wymagań co do płynów do kąpieli- powinny się dobrze pienić, ładnie pachnieć i nie uczulać. Mleczko BingoSpa w pełni te wymagania spełnia. Kąpiel z dodatkiem tego specyfiku nie wywoływała u mnie żadnych podrażnień, wprost przeciwnie- skóra była miękka, o wiele bardziej nawilżona niż po kąpieli z dodatkiem soli czy bez żadnego dodatku. Gdybym się uparła, to właściwie nie musiałabym się smarować już żadnym mazidłem.

Skład: Niestety zawiera SLS :( Jednak przeglądając skład znajdziemy też Cocamide DEA - substancję renawilżającą skórę, odbudowującą barierę lipidową, łagodzącą wysuszające działanie SLS. Poza tym w składzie kolagen, biała glinka i jogurt.

Dostępność: Najłatwiej przez sklep internetowy producenta: http://www.bingospa.eu/ (aktualnie nie widzę, by było ono dostępne na stronie, buuu...)
Cena: Nie pamiętam dokładnie... Na pewno mniej niż 20zł.

Ocena: 5/6 (Bardzo dobry, niedrogi i wydajny kosmetyk. Umila kąpiel, pozytywnie działa na skórę)




Dzisiaj oficjalnie żegnamy zimę i rozpoczynamy wiosnę- porę roku, która budzi do życia całą przyrodę. Opowiem Wam, jak ja budzę do życia moją skórę, włosy i paznokcie.


SKÓRA:
W pielęgnacji mojej skóry niewiele się zmienia. Podstawą jest teraz złuszczenie + mocne nawilżenie, więc zmobilizowałam się do peelingowania całego ciała (choć jak pamiętacie z mojej kosmetycznej spowiedzi, zapominanie o peelingu było jednym z moich grzechów). Od jakiegoś czasu mam "maślaną fazę", która objawia się nałogowym kupowaniem i stosowaniem maseł do ciała, których wcześniej szczerze nienawidziłam.


CERA:
O cerę dbam teraz jeszcze bardziej niż wcześniej- stosuję głównie kosmetyki ekologiczne, staram się wyeliminować możliwie jak najwięcej szkodliwej chemii z pielęgnacji mojej cery (choć wiadomo, że to niełatwe). Codzienna pielęgnacja ogranicza się do:
- mydełko Alep Excellence Oliwkowe 100% Bio - wygrane w konkursie u Taniki. W składzie znajdują się jedynie trzy składniki! Dobrze radzi sobie z usuwaniem zanieczyszczeń, makijażu, a co najważniejsze- nie wysusza i nie podrażnia cery
- woda różana Dabur Vatika - jako naturalny tonik
- Marilou Bio Creme Visage Nuit - krem na noc zawierający 99% składników naturalnych (również wygrany u Taniki)
- seria Yes to Cucumbers - wygrana u Craving for Beauty. Żel pod oczy, nawilżający krem na dzień oraz chusteczki do demakijażu. Kosmetyki zawierają 98-99% naturalnych składników.

Do tego peelingi, przeróżne maseczki. Jeśli chodzi o kosmetyki kolorowe- tutaj wielkich zmian nie ma.
Oczywiście codziennie łykam suplement CeraNova w nadziei, że pomoże mi zwalczyć mój paskudny trądzik...


WŁOSY:
No i stało się- Kasia przeszła na olejowanie. Wyeliminowałam z pielęgnacji szampony zawierające SLS i odżywki z hydrofobowymi silikonami. Decyzję o olejowaniu podjęłam już dość dawno temu, jednak obawiałam się, że na początku kuracji moje włosy odmówią posłuszeństwa, a i tak w zimie były niezbyt skore do współpracy... Dlatego rozpoczęłam na wiosnę.
Czego używam?
- szampon dla dzieci Babydream - znany wszystkim rossmanowy szampon bez SLS. Na razie sprawdza się u mnie dobrze.
- olej kokosowy z henną, amlą i cytryną Dabur Vatika
- Kuracja z 40 aktywnych składników BingoSpa - czytelnicy mojego bloga powinni znać ją już doskonale. Świetna maska, która w składzie nie ma żadnych hydrofobowych silikonów.
- Maska do włosów ze spiruliną i keratyną BingoSpa

Jak wygląda moja pielęgnacja? Co drugi dzień na noc nakładam olej, a rano zmywam go szamponem Babydream. Kiedy na noc nie nakładam oleju, rano robię maskę z BingoSpa - na zmianę jest to 40 aktywnych składników lub spirulina z keratyną. Czyli...
- dzień 1- olej na noc
- dzień 2- rano zmywam olej, na noc nie nakładam
- dzień 3- rano kuracja 40 aktywnych składników, na noc olej
- dzień 4- rano zmywam olej, na noc nie nakładam
- dzień 5- rano maska ze spiruliną i keratyną, na noc olej
- dzień 6- rano zmywam olej, na noc nie nakładam
- dzień 7- rano kuracja 40 aktywnych składników, na noc olej
...i tak w kółko.

Po pierwszych dniach mogę powiedzieć, że jest lepiej niż się spodziewałam- po oleju włosy są błyszczące, puszyste, nie plączą się ani nie tłuszczą jakoś szczególnie.

Olej nakładam też codziennie na rzęsy. Co prawda nie mogę na nie jakoś szczególnie narzekać- zawsze miałam długie i mocne rzęsy. Olejowanie ich jest raczej prewencją (w myśl zasady, że lepiej zapobiegać, niż leczyć).


PAZNOKCIE:
Tutaj jest naprawdę tragicznie. Moje paznokcie chyba nigdy jeszcze nie były w tak złym stanie. Łamią się, rozdwajają, są strasznie miękkie. Szukałam odżywek Eveline, które wiele osób poleca, ale jak na złość nie było ich w żadnym sklepie, a ja potrzebowałam coś "na już". Zdecydowałam się na taką pielęgnację:
- Codziennie rano nakładam na paznokcie odżywkę Paloma z keratyną (stwierdziłam, że skoro ma keratynę, to chyba mi nie zaszkodzi). Wieczorem zmywam ją delikatnym zmywaczem w płatkach Wibo z serii różanej- nie wysusza on paznokci.
- Na noc nakładam olej (ten sam, co na włosy- kokosowy z Dabur Vatika).
- Dwa razy w tygodniu na paznokciach lądować będzie... maska do włosów. Nie pytajcie, jak wpadłam na ten pomysł. Wymyśliłam, że skoro maska do włosów BingoSpa, ma keratynę, to może mi pomóc. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.


Moimi wiosennymi zmianami zarażam też innych domowników- np. wczoraj mój tata dostał ode mnie na urodziny szampon i olejek Alterra. "Tani i dobry" szampon zrobił mu paskudne uczulenie i spowodował koszmarny łupież, więc taka naturalna pielęgnacja skóry głowy dobrze tacie zrobi.

Co poza tym?
Ogólnie chcę poprawić kondycję mojego organizmu, dlatego będę ograniczać podjadanie niezdrowych przekąsek oraz mobilizować się do większej aktywności fizycznej. To chyba najtrudniejsze postanowienie ;)

Jak Wy planujecie zadbać o siebie wiosną? Chętnie poznam Wasze sposoby na oczyszczenie organizmu po zimie i przygotowanie skóry na cieplejsze pory roku.
Ściskam! :*
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...