kalendarz, planner, planer, organizer


Do tej pory głównym kryterium wyboru nowego kalendarza była dla mnie - wstyd się przyznać - okładka. Nie skupiałam się szczególnie na jego wnętrzu, bo korzystanie z planera ograniczałam do zapisania wizyt u lekarzy, urodzin bliskich i rozplanowania blogowych postów na najbliższe dni. W związku z moimi planami na 2016 rok, potrzebny mi jednak będzie kalendarz bardziej praktyczny, niż ten z Myszką Minnie z Biedronki (serio, taki miałam kalendarz na 2015). Pytanie tylko, który wybrać? Postanowiłam porównać kilka najpopularniejszych planerów, by pomóc sobie (a może także i komuś z Was) w wyborze.


HAPPY PLANNER
(na cały rok lub na 100 dni)
  • dostępny online
  • cena: 119zł - day edition (układ dzienny), 109zł - week edition (układ tygodniowy), 109zł - 100 days edition (kalendarz na sto dni, sami wpisujemy daty)
  • 4 wzory okładki do wyboru - Bajeczne Groszki, Soczyste Paski, Eleganckie Paski, Pastelowy Wzorek
  • układ treści: do wyboru - dzienny, tygodniowy lub kalendarz na 100 dni
  • w środku: Mapa Celów, kalendarz skrócony, karta pielęgnacji celu, 30-dniowe wyzwanie, inspirujące cytaty, motywujące wyzwania, plan miesięczny, domowy budżet, notatki
  • na stronie danego dnia: harmonogram z rozpisem godzin, lista spraw, priorytety, inspirujący cytat, mapa celów, notatki, wydatki, woda, rytuał szczęścia (dziękuję za..., coś dla zdrowia, codzienna przyjemność)
  • format B5 - 14,5cm x 20,5cm
  • twarda okładka ze złotymi okuciami
  • kolorowy druk
  • 3 tasiemki
  • kremowy papier 80g/m2
  • w formie książki (bez spirali) 
  • nie zapinany
  • GRATIS: prywatna grupa na Facebooku, kurs online: Zaprojektuj swój wspaniały rok.

happy planner, eleganckie paski

happy planner, planner, planer, kalendarz, kartka z kalendarza





WONDER PLANNER
(na cały rok)
  • dostępny online 
  • cena: 79zł
  • 4 wzory okładki do wyboru - Color Stripes, Royal Mint, Coral Dots, Chic Zigzac
  • układ treści: tygodniowy
  • w środku: plan roczny, plan miesięczny, skrócony kalendarz na 2016 i 2017, kwartalne cele finansowe, zawodowe, prywatne i sportowe, ciekawe książki, wydarzenia, miejsca i filmy na każdą porę roku, planner wydatków, planner urlopu, postanowienia noworoczne, ważne numery telefonu i strony internetowe, notatki, kieszeń na drobiazgi
  • na stronie danego tygodnia: harmonogram dnia, notatki dotyczące żywienia, notatki dotyczące aktywności fizycznej, cele
  • format 21cm x 18cm
  • twarda okładka
  • czarno-biały druk
  • brak informacji o tasiemkach
  • śnieżnobiały papier 80g/m2
  • forma kołonotatnika (ze spiralą)
  • zapinany na gumkę
wonder planner, planner, planer, kalendarz

wonder planner, kartka z kalendarza, plan dnia




PANI SWOJEGO CZASU 
(każdy zeszyt jest na 2 miesiące, w zestawie są 3 zeszyty, więc zestaw = 6 miesięcy)
  • dostępny online
  • cena: 98zł za zeszyty na 6 miesięcy
  • 3 wzory okładek, ale kupując zestaw nie ma możliwości wyboru - otrzymuje się trzy różne okładki
  • układ treści: miesięczny, tygodniowy, dzienny - w jednym zeszycie
  • w środku: plany, marzenia, cele długoterminowe, porady dotyczące zarządzania czasem, cytaty, notatki
  • na stronie danego dnia: miejsce na wpisanie daty, priorytety dnia, harmonogram dnia z rozpisem godzin, jeszcze mogę, mogę odpuścić, tego nie zrobię
  • format A5 - 21cm x 14,8cm
  • okładka miękka, usztywniona skrzydełkami, foliowana
  • kolorowy druk
  • 3 zakładki
  • papier offsetowy 100g/m2
  • forma zeszytu
  • zapinany na gumkę
planer, planner, pani swojego czasu, kalendarz

planer, planner, pani swojego czasu, kartka z kalendarza




MOLESKINE
(na rok lub półtora roku)
  • dostępny online lub stacjonarnie
  • cena: od 40 do 150zł
  • kilkadziesiąt okładek do wyboru - gładkie, we wzory, edycje limitowane
  • układ treści: miesięczny, tygodniowy (układ horyzontalny, pionowy, klasyczny lub notebook - tydzień po lewej stronie, prawa strona wolna na notatki) lub dzienny
  • w środku: kieszeń na luźne kartki, naklejki do personalizacji
  • na stronie danego miesiąca/tygodnia/dnia: miejsce na rozpisanie planu dnia + ewentualnie miejsce na notatki
  • format: najczęściej 9cm x 14cm lub 13cm x 21cm 
  • okładka miękka lub twarda, szyta
  • druk najczęściej czarno-biały
  • 1 wstążka
  • papier 70-100g/m2
  • forma książki (kalendarz szyty)
  • zapinany na gumkę
  • UWAGA: podobno z Moleskine korzystali wielcy artyści, tacy jak Vincent van Gogh, Pablo Picasso czy Ernest Hemingway.
moleskine, kalendarz

moleskine, kalendarz, kartka z kalendarza




DESIGN YOUR LIFE
(na pół roku)
  • dostępny online
  • cena: 79zł
  • jeden wzór okładki
  • układ treści: tygodniowy
  • w środku: kieszeń na luźne kartki, plan roku, postanowienia i plany, plan miesiąca, notatki na początku każdego miesiąca, miesięczne cele i dobre nawyki, plan udanego tygodnia, tygodniowe zestawienie (np. menu, budżet, treningi), notatki, naklejki
  • na stronie tygodnia: harmonogram każdego dnia z rozpisem godzin (poza sobotą i niedzielą), zadania
  • format: A5 - 21cm x 14,8cm
  • okładka twarda
  • druk czarno-biały (kolorowa tylko strona tytułowa)
  • brak wstążki/zakładki
  • papier biały 90g/m2
  • forma kołonotatnika (metalowa spirala)
  • magnetyczne zamknięcie
  • możliwość wydrukowania plannera Design Your Life z innymi stronami - układem dziennym, planem dla blogerów, przeglądem tygodnia, tabelą celów, dzienniczkiem ucznia i planem lekcji, a także z 4 wersjami okładek
organizer, design your life

organizer, design your life, kartka z kalendarza





Kalendarzy i plannerów znajdziecie jeszcze wiele, wiele, wiele więcej, ale oczywiście porównanie wszystkich byłoby niemożliwe. 
Teraz, kiedy już wiecie, w co wyposażone są poszczególne plannery, pojawia się pytanie, który z nich będzie najlepszy? Oczywiście każdy z Was na pewno wybierze coś innego, ale warto zastanowić się najpierw nad kilkoma kwestiami:

OKŁADKA TWARDA CZY MIĘKKA?
Twarda okładka zapewnia lepszą wytrzymałość kalendarza, zwłaszcza jeśli chcemy nosić go ze sobą w torebce. Niestety twarda okładka z reguły zwiększa wagę kalendarza, a raczej nikt nie chce sobie dokładać kolejnych kilogramów do torebki.

OKŁADKA GŁADKA CZY WE WZORY?
Wzorzyste okładki przyciągają wzrok i po prostu ładnie się prezentują, ale te gładkie wyglądają bardziej profesjonalnie. Wybór powinien zależeć od tego, czy z kalendarza będziecie korzystać w domu, czy raczej w firmie i podczas spotkań biznesowych.




UKŁAD TREŚCI TYGODNIOWY CZY DZIENNY?
W układzie dziennym mamy do dyspozycji znacznie więcej miejsca, możemy rozplanować nasz dzień właściwie co do godziny, a czasem też rozpisać menu czy wydatki. Pytanie tylko, czy aż tyle miejsca będzie nam potrzebne? Jeśli w Waszym życiu zawodowym czy osobistym takie rozplanowanie każdej godziny jest przydatne, to ok, ale jeśli nie, to może lepiej zdecydować się na układ tygodniowy? Kalendarze z układem tygodniowym mają najczęściej mniej kartek, a mniej kartek = mniejsza waga kalendarza. Poza tym układ tygodniowy pozwala "ogarniać" naraz cały tydzień, przewidywać, co mamy do zrobienia jutro, pojutrze, co nas czeka w weekend.

PLANNER NA PÓŁ ROKU CZY NA ROK?
Niektóre opisane przeze mnie kalendarze są na pół roku, inne na rok. Te na pół roku są lżejsze, praktyczniejsze w noszeniu, z reguły również... pozornie tańsze (kalendarz kosztuje mniej, ale biorąc pod uwagę koszt na cały rok, trzeba jego cenę pomnożyć przez 2, a wtedy już nie wygląda to tak korzystnie). Te na rok są grubsze, cięższe, ale ja osobiście lubię taki jasny podział: jeden rok = jeden kalendarz.

DRUK CZARNO-BIAŁY CZY KOLOROWY?
Kolorowe strony wyglądają ładniej, ale jeśli zaznaczacie swoje notatki na kolorowo (np. piszecie kolorowymi długopisami lub używacie zakreślaczy), kolorowy druk może odwracać uwagę od tych "naszych", ważniejszych kolorów.

FORMAT KSIĄŻKI CZY KOŁONOTATNIKA?
Kołonotatnik może być praktyczniejszy jeśli chodzi o przekładanie stron zwłaszcza w kalendarzach, które mają kilkaset stron. Poza tym te "książkowe" kalendarze mogą się rozlatywać, jeśli nie są szyte, ale ja osobiście nie lubię pisać w kołonotatniku - może to kwestia tego, że jestem leworęczna, ale spirala mi przeszkadza.




DATA WYDRUKOWANA CZY WPISYWANA SAMODZIELNIE?
Ostatnio widzę tendencję do tworzenia plannerów, w których daty wpisuje się samodzielnie. Korzystanie z takiego kalendarza można rozpocząć w dowolnym momencie. Pozwala nam to też oszczędzić miejsce, bo może się zdarzyć, że nie każdy dzień będziemy musieli rozplanować, więc możemy go po prostu pominąć. Gotowe, wydrukowane daty skłaniają nas jednak do systematycznego notowania swoich planów. Poza tym ja pewnie miałabym ten problem, że albo pominęłabym jakiś dzień i potem musiałabym w kalendarzu kreślić, albo rozpisałabym jakąś datę, a potem okazałoby się, że nie mam na ten dzień planów i zarzucałabym sobie, że zmarnowałam miejsce.

GOTOWY KALENDARZ CZY PLANNER DO WYDRUKU?
W sieci jest całe mnóstwo darmowych plannerów do samodzielnego wydruku (o, na przykład TUTAJ). Wydrukowane kartki trzeba jednak jakoś przyciąć, połączyć razem i oprawić w coś ładnego, solidnego i praktycznego. Kreatywne osoby pewnie aż zapiszczą z radości, że będą mogły same dopracować swój kalendarz, ale reszta być może westchnie i powie: "nie chce mi się", "nie potrafię". Ja mam dwie lewe (a raczej dwie prawe, bo jestem leworęczna) ręce do takich rzeczy, więc wolę kupić gotowy planner. 

KALENDARZ ZAPINANY NA GUMKĘ CZY NIE?
Części z Was gumka w kalendarzu może wydać się zupełnie zbędna, ja jednak przyzwyczaiłam się do takich zapinanych plannerów. Zdarza mi się wkładać między strony kalendarza jakieś luźne kartki - notatki, pocztówki, rachunki, wizytówki - i kiedy spinam kalendarz gumką, te dodatkowe karteluszki pozostają na swoim miejscu. Jeszcze lepszym rozwiązaniem może być zapięcie magnetyczne, ale z tym niestety spotykam się rzadko.


Macie już upatrzony swój kalendarz na 2016 rok?
Przyznaję, że ja cały czas jestem w kropce i jeszcze nie wiem, na który planner się zdecyduję. Skłaniam się do Happy Plannera "day edition", ale brakuje mi w nim zapięcia, poza tym okładka, która najbardziej mi się podobała (Eleganckie Paski) jest już wykupiona :/
Tegoroczna zimowa kolekcja Yankee Candle idealnie wpisuje się w mój gust. Do tej pory sprawdziłam trzy z czterech zapachów: Berry Trifle (recenzja), Cosy By The Fire (recenzja) i Winter Glow (o którym opowiem Wam dziś) i wszystkie trzy mogłabym mieć w formie dużych świec ;)

winter glow


Winter Glow należy do świątecznej linii zapachowej. Do stworzenia tego zapachu zainspirowało mroźne, zimowe powietrze przełamane nutą ciepłego bursztynu, jak ośnieżony iglasty las oświetlony promieniami nisko zawieszonego nad horyzontem słońca.

yankee candle


Białe woski Yankee Candle nie bez powodu łączone są w jedną grupę, niezależnie od tego, czy pochodzą z kolekcji letniej czy zimowej - wszystkie są raczej delikatne, łagodne, nienachalne, kojarzące się z czystością. Winter Glow nie jest wyjątkiem i jeśli lubicie "białe zapachy" Yankee, to jest duża szansa, że Winter Glow też przypadnie Wam do gustu. Mroźna nuta ośnieżonych gałązek jodłowych jest wyczuwalna, ale bardzo, baaaardzo delikatnie. Czuć w nim raczej ciepło, świeżość i czystość, jak w świeżo przewietrzonym, wysprzątanym na Święta mieszkaniu. Jest zdecydowanie najłagodniejszy z całej kolekcji Q4.

recenja wosku yankee candle


Dostępność: stacjonarnie lub online (np. w Goodies)
Pora roku: jesień, zima
Pora dnia: poranek, przedpołudnie, popołudnie
Przy gościach: tak
Intensywność:





baby it's fun outside and cosy inside

Jeśli miałabym porównać Winter Glow z Angel's Wings z ubiegłorocznej kolekcji Q4, to Winter Glow jest ostrzejszy i bardziej mroźny, ale wciąż delikatny, natomiast Angel's Wings to słodka subtelność w czystej postaci. Oba są piękne, oba bardzo lubię i oba mogę Wam polecić.

q4 2015

zimowy blask

świeca świąteczna

świąteczny zapach


Zawsze chciałam mieć cerę tak idealną jak gwiazdy na czerwonym dywanie lub na okładkach pism. I choć szybko przekonałam się o tym, że często jest to zasługa grubej na dwa palce tapety lub Photoshopa, wiedziałam, że w uzyskaniu takiego efektu niezastąpione są też odpowiednie kosmetyki. Ostatnio mogłam przekonać się o tym, sięgając po produkty, które stosuje Lady Gaga, Lindsay Lohan czy Kelly Osbourne - peeling i maseczkę STARSKIN.


Ciekawe są już same opakowania kosmetyków STARSKIN - wyglądem przypominają plakat filmowy, tyle że zamiast rozpisanych nazwisk pierwszoplanowych aktorów mamy efekty działania produktów oraz zawarte w nich substancje aktywne. Podobną stylistykę znajdziemy na stronie internetowej marki i w materiałach reklamowych. Bardzo lubię taką spójność, bo podkreśla, że są to kosmetyki ekskluzywne, przygotowane z myślą o celebrytach i o wszystkich nie-celebrytach, którzy chcą pięknie wyglądać i dbać o swoją skórę.

Ja zafundowałam swojej cerze kompleksową starskinową pielęgnację - najpierw peeling, a następnie maseczka.


STARSKIN Glowstar Perfekcyjna gąbka peelingująca to pierwszy tego typu peeling, z jakim się spotkałam. Wystarczy otworzyć saszetkę i wlać do niej dosłownie kilka kropli wody, a następnie ugniatać chwilę palcami. W saszetce znajdziemy nasączoną specjalnymi substancjami gąbkę (przypominającą aplikator do podkładu w kompakcie), którą delikatnie szorujemy całą twarz (uprzednio oczyszczoną), omijając okolice oczu. Taki zabieg wykonujemy 2 razy w tygodniu, a jedną gąbkę możemy użyć do 3 razy, zanim ją wyrzucimy.


Gąbka sama w sobie ma strukturę, która ułatwia usunięcie martwych komórek naskórka, ale nie jest za ostra. Nasączono ją mieszanką naturalnych kwasów owocowych AHA, więc podczas szorowania trochę piecze w te bardziej wrażliwe miejsca na skórze i wszędzie tam, gdzie skóra jest nawet minimalnie uszkodzona. Poza tym w gąbce zawarte są ekstrakty z marchwi, brokuła, pomidora i liści oliwnych. Peeling ma działanie przede wszystkim złuszczające, ale też rozświetla skórę, tonizuje, odświeża, sprzyja regeneracji.



Efektu użycia peelingu w gąbce STARSKIN są zupełnie nieporównywalne z efektami innych peelingów, które znam. Gąbka sprawia, że cera jest supergładka w dotyku, supermiękka, ale też taka rzeczywiście rozświetlona, jakby nam ktoś wymienił skórę na nówkę sztukę, nieśmiganą. Gołym okiem widać i czuć w dotyku, że gąbka naprawdę solidnie złuszcza martwe komórki.








Drugim produktem, po który sięgnęłam, była STARSKIN Red Carpet Ready Kokosowa maseczka z biocelulozy. Podobno bioceluloza to nowy "złoty standard" w pielęgnacji skóry. Pozyskuje się ją w procesie fermentacji soku kokosowego. Jest to materiał rzeczywiście przypominający w dotyku bardzo cienką skórę, jest giętki, nie tak sztywny jak płat bawełniany, dzięki czemu świetnie przylega do skóry, umożliwiając jeszcze lepsze wchłanianie substancji aktywnych.


Biocelulozowa maska zanurzona jest w odżywczym serum, które w 20 minut ma zapewnić cerze piękny wygląd. Zawiera takie dobroczynne składniki jak nawilżający wyciąg z kokosa i heksapeptyd-37, wzmacniający barierę ochronną skóry ksylitol, przeciwzmarszczkowe brązowe algi, stymulującą adenozynę i bakterie probiotyczne. Maseczka może być stosowana przy każdym typie skóry nawet codziennie, choć wystarczającą opcją jest 1-2 razy w tygodniu.




Maska Starskin rzeczywiście świetnie przylega, przykleja się do cery jak druga skóra. Jest bardzo mocno nasączona serum - na tyle mocno, że u mnie nie chciało się to wchłaniać. Cera była nawilżona, zregenerowana, rozluźniona, ale też pokryta lepką warstwą serum. Nie było opcji, by nakładać na to makijaż - musiałabym nadmiar serum po prostu zetrzeć. Tak się jednak złożyło, że na aplikację maski wybrałam dzień, w którym nie musiałam się malować, więc nie przejmowałam się tym zbytnio, ale jeśli czytam na opakowaniu, że po aplikacji maski mogę od razu nałożyć makeup, to jest to jak dla mnie nierealne. Może przy bardzo suchej skórze efekt byłby inny.
Co ciekawe, w saszetce pozostało jeszcze tyle serum, że wysmarowałam tym szyję, dekolt i pewnie mogłabym jeszcze brzuch i nogi posmarować, ale odstąpiłam resztę mamie (serum należy zużyć od razu po otwarciu saszetki, nie może leżakować, więc opcja odłożenia go do następnego dnia odpadała).


Produkty Starskin zrobiły na mnie ogólnie dobre wrażenie, choć bardziej jestem zadowolona z peelingującej gąbki niż z maski. Faktem jednak jest, że po takim domowym SPA moja cera przez kilka kolejnych dni wyglądała promiennie, była gładka w dotyku i bardzo dobrze nawilżona.


Produkty STARSKIN są do kupienia w sieci perfumerii Douglas w cenie 39,90zł każdy.

A na koniec jeszcze ciekawostka: tak uroczo przedstawia się próbka maseczki Starskin :D


Uważam się bardziej za kawoholiczkę niż herbatomaniaczkę, ale dobrą herbatą nie gardzę. W lecie króluje u mnie odświeżająca mięta, a jesienią i zimą zamieniam zioła (z wyjątkiem czystka, którego piję teraz stale) na klasyczną czarną oraz różnego rodzaju owocowe i aromatyzowane wariacje. Ostatnio polubiłam herbaty Lipton - English Breakfast oraz Flirty Lady Lipton. Pomyślałam, że wykorzystam je nie tylko do picia, ale też do przygotowania pysznych ciasteczek: z herbatą i do herbaty.



Przepis na pierwsze ciastka zaczerpnęłam z mojego ulubionego bloga cukierniczego - Moje Wypieki, ale trochę go zmieniłam. Wyszły ciastka przepyszne, mega kruche, maślane w smaku, ale niestety bardzo kaloryczne, więc jeśli jesteście na diecie, możecie od razu przejść do drugiego przepisu.

Składniki (na około 25 sztuk):
- 2 szklanki mąki pszennej
- 2 łyżki suchych, zmielonych liści herbaty (ja wykorzystałam Lipton English Breakfast - po prostu rozcięłam 5 torebek)
- pół łyżeczki soli
- 230 g miękkiego masła
- pół szklanki cukru pudru
- łyżeczka esencji waniliowej (ja użyłam domowej esencji, ale możecie sięgnąć też po cukier wanilinowy lub olejek waniliowy)



Mikserem ucieramy masło, dodając stopniowo cukier i sól. Dodajemy mąkę, herbatę, esencję waniliową, mieszamy mikserem. Ciasto przekładamy na folię, rozpłaszczamy (by przypominało dość gruby placek) i wkładamy do zamrażarki na 30 minut. Po tym czasie wykładamy na stolnicę (najlepiej silikonową, by się nie przyklejało) i jeszcze bardziej spłaszczamy, delikatnie wałkując. Wycinamy dowolne kształty, najlepiej metalowymi foremkami, bo do plastikowych ciasto się przykleja. Z wycinaniem trzeba się spieszyć, bo ciasto szybko mięknie - w końcu sporo w nim masła. Jeśli zrobi się zbyt miękkie, by wycinać nim kształty, wkładamy je z powrotem do zamrażarki, a wycięte ciasteczka od razu pieczemy w 180 stopniach przez około 10-15 minut, zależnie od grubości ciastek.





Ciasteczka z drugiego przepisu nie są tak kruche i słodkie, ale za to o wiele zdrowsze i również bardzo pyszne, aromatyczne, chrupiące na zewnątrz i miękkie w środku. Ich smak możemy modyfikować, zależnie od tego, jaką herbatę do nich dodamy i czym je posłodzimy. Przepis pochodzi z bloga Fun & Taste, ale zmieniłam proporcje, bo z proporcji, które podała autorka bloga wyszły mi naleśniki a nie ciastka :P



Składniki:
- 250 g płatków owsianych lub otrębów owsianych
- 2 saszetki herbaty (ja wybrałam Flirty Lady Lipton - czarną herbatę z kwiatowym aromatem)
- 1-3 łyżki dowolnej substancji słodzącej (może być zwykły cukier, miód, ksylitol, a ja dodałam cukier trzcinowy Diamant Dark Muscovado, bo ma ciekawy, oryginalny posmak) - ilość substancji słodzącej jest uzależniona od naszych indywidualnych preferencji
- 1 nieduże jajko
- 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
- 2 łyżki jogurtu greckiego (ja użyłam biedronkowego)
- 200 ml wrzącej wody



Herbatę zaparzamy we wrzątku, najlepiej pod przykryciem, przez kilka minut. Słodzimy i odstawiamy do przestygnięcia. W tym czasie w mikserze lub moździerzu rozdrabniamy płatki lub otręby. Z płatkami jest więcej roboty, ale jeśli nie ma się w domu otrębów, z powodzeniem można wykorzystać płatki. Lekko przestudzoną herbatą zalewamy rozdrobnione otręby i odstawiamy na 15 minut, by wchłonęły płyn. Następnie dodajemy pozostałe składniki (jajko, proszek do pieczenia, jogurt grecki) i ponownie odstawiamy na 15 minut. Sprawdzamy gęstość ciasta - powinno być na tyle gęste, by się nie rozlewało na blaszce. Jeśli jest za rzadkie, dodajemy otrębów. Nakładamy ciasto łyżką na blachę wyłożoną papierem do pieczenia lub matą silikonową, formując nieduże, w miarę możliwości okrągłe ciasteczka. Pieczemy 15-20 minut w 180 stopniach.





Są wśród Was herbatomaniacy? Jeśli tak, koniecznie spróbujcie ciastek z herbatą - obie wersje są przepyszne!
Dajcie mi znać w komentarzach, który przepis bardziej Wam się spodobał? I polećcie mi Waszą ulubioną herbatę :)
Uwielbiam kosmetyki o owocowych zapachach - zwłaszcza jesienią i zimą pozwalają mi przypomnieć sobie upalne dni lata, dlatego często po nie sięgam. Jeśli wśród Was są fani owocowych aromatów, to ta notka jest właśnie dla Was! Przygotowałam krótkie zestawienie naprawdę świetnych, owocowych produktów pielęgnacyjnych z drogeryjnych półek. Ciekawi?


W owocowych zapachach króluje niepodzielnie Farmona - ich seria Tutti Frutti zawiera tak szalone kompozycje, tak egzotyczne nuty zapachowe, że od samego czytania etykiet można dostać ślinotoku, a otwarcie produktu sprawia, że człowiek odpływa myślami na jakąś tropikalną wyspę.


Ich kultowym produktem są z pewnością peelingi w miniaturowych opakowaniach, idealnie sprawdzające się na co dzień i w podróży. Mam dwie wersje zapachowe - Jeżyna i Malina oraz Wiśnia i Porzeczka. Obie są mega apetyczne, ale jednak to jeżynowo-malinowe połączenie jest moim ulubionym. Peelingi te mają dwie funkcje - nie tylko ścierają martwe komórki naskórka, ale mają również działanie myjące, więc świetnie sprawdzą się u tych z Was, którzy wiecznie narzekają na brak czasu na kompleksową pielęgnację ciała. Poza tym są naprawdę ostre, więc wystarczy sięgać po nie raz, maksymalnie dwa razy w tygodniu, by cieszyć się gładką skórą.





Farmona pomyślała też o tych konsumentach, którzy preferują bardziej kremowe produkty lub po prostu mają suchą, wrażliwszą skórę - stworzyła Kremowy peeling myjący, który jest łagodniejszą wersją klasycznych peelingów Farmony. Bazą peelingu jest kremowy żel, w którym zatopiono znacznie mniej drobinek, dzięki czemu kosmetyk ma łagodniejsze działanie. Na plus zasługuje też obłędny, egzotyczny zapach - Liczi i Rambutan. Mniam!




Równie egzotyczne połączenie nut zapachowych znajdziemy w Olejku do kąpieli i pod prysznic Farmona - Papaja i Tamarillo. Słodki, owocowy aromat idzie w parze z naprawdę przyjemnymi właściwościami kosmetyku. To gęsty żel, który świetnie się pieni i skutecznie myje ciało, pozostawiając skórę miękką i delikatną w dotyku. Nie zastępuje co prawda balsamu do ciała, ale nie przesusza skóry jak niektóre żele pod prysznic.




I choć Papaja i Tamarillo to bardzo oryginalne połączenie, to ja preferuję coś bardziej swojskiego - olejek o zapachu Gruszki i Żurawiny. Cudowna, słodko-kwaśna kompozycja i te same, fajne właściwości produktu. Bardzo polecam!




Jeśli są wśród Was owocolubne włosomaniaczki, to polecam Waszej uwadze nowe szampony Farmona Tutti Frutti. Jeśli chodzi o działanie, to najbardziej lubię wersję multiwitaminowa do włosów tłustych, jednak zniechęca mnie trochę zapach Kiwi, bo nie przepadam za tym owocem. Najpiękniej jak na mój nos pachnie szampon keratynowy o zapachu Brzoskwini do włosów cienkich i delikatnych, choć temu malinowemu z ceramidami do włosów suchych oraz wiśniowemu z kolagenem do włosów farbowanych też nic nie brakuje. Są to jednak szampony z SLES, więc sięgam po nie raz w tygodniu.










W ofercie innych marek kosmetycznych również można znaleźć cudownie pachnące owocowe kosmetyki, jak chociażby żel pod prysznic Lirene Szampańska Truskawka czy Luksja CarePro z mleczkiem ryżowym o zapachu smoczego owocu. Ten z Lirene jest bardziej żelowy, a Luksja ma postać bardziej jak mleczko, ale oba są gęste, wydajne, świetnie się pienią. Dobrze oczyszczają i u mnie nie wywołały żadnych podrażnień nawet przy codziennym stosowaniu.






Kto jeszcze jest fanem owocowych zapachów w kosmetykach pielęgnacyjnych?
Może macie swoich ulubieńców z tej kategorii?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...