Jechałam kiedyś taksówką późno w nocy. Taksówkarz wyglądał niezbyt przyjaźnie, samochód prawie się rozlatywał, więc chyba nikogo nie zdziwi fakt, że gdy dojechałam wreszcie pod dom, chciałam stamtąd jak najszybciej wysiąść. Gramoliłam się z siedzenia (bo niezdara to moje drugie imię), przepraszając taksówkarza za to, że musi czekać, aż się wygramolę. Wtedy powiedział mi zdanie, które na długo utkwiło w mojej pamięci:
"Spokojnie, żyjemy na lata, nie na godziny."


Teraz myślę, że powinnam to sobie wytatuować w jakimś widocznym miejscu, najlepiej na czole.
Większość z nas żyje w ciągłym biegu, nakręcani przez pracę, szkołę i wszystko inne, co pochłania nasz czas. Zawsze się spieszymy, zawsze jesteśmy z czymś spóźnieni, zawsze jest coś, na co brakuje nam czasu. Celebrowanie chwil to luksus, na który tak rzadko sobie pozwalamy.
Carpe diem! - mówią wszyscy.
I rzeczywiście fajnie jest chwytać dzień, wykorzystywać go do ostatniej sekundy. Dobrze jednak czasem przystanąć i nacieszyć się chwilą spokoju i beztroski, albo w skupieniu przemyśleć swoje problemy. 
Dobrze mieć na to czas.

Słowa taksówkarza wzbudziły we mnie jeszcze jedną refleksję.
Muszę być bardziej cierpliwa.
Skoro żyjemy na lata, a nie na godziny, to nie muszę mieć wszystkiego od razu, tu i teraz. Czekanie nie jest przyjemne, zwłaszcza jeśli czekamy na coś ważnego, ale jest częścią naszego życia i nie można rezygnować z czegoś tylko dlatego, że trzeba na to czekać. Nawet, jeśli to bardzo trudne.

Piszę o tym, bo znalazłam się właśnie w sytuacji, która wymaga cierpliwości, a ja chyba nie mam jej w sobie za grosz, i czekanie jest dla mnie torturą. Chciałabym wszystkie swoje problemy rozwiązać jedną rozmową - pół godziny i po sprawie, znów jest dobrze. Nie zawsze jest jednak tak, jak ja bym chciała, nie wszystko da się rozwiązać tak łatwo...

Miłego wieczoru, Kochani!
Trzymajcie się i dobrze wykorzystujcie swój czas, tym bardziej, jeśli jest to czas szczęśliwy :)
Kiedy parę miesięcy temu w konkursie u Idalii wygrałam szczoteczkę soniczną Foreo Luna Mini, nie wiedziałam, czego się spodziewać. Owszem, czytałam pozytywne opinie na jej temat, ale nie byłam pewna, jak sprawdzi się na mojej wymagającej cerze: mega wrażliwej, a jednocześnie skłonnej do przetłuszczania i zapychania. Wystarczyło jednak parę dni, bym szczerze zaprzyjaźniła się z Luną. Od tej pory jesteśmy nierozłączne, jak to mówią nastolatki: "best friends forever" ;)



Foreo Luna Mini to szczoteczka soniczna, czyli taka, która oczyszcza skórę poprzez transdermalne impulsy soniczne (8000 razy na minutę!), nie poprzez tarcie, a więc może być stosowana nawet przez posiadaczki bardzo wrażliwej cery. W praktyce te soniczne impulsy odczuwamy po prostu jako wibracje, drganie.
Impulsy pozwalają na głębokie, ale jednocześnie delikatne oczyszczanie skóry z resztek makijażu czy innych zanieczyszczeń. Pobudzają również mikrokrążenie w skórze, przez co ułatwiają wnikanie wszelkich substancji, które po myciu nałożymy na twarz. W efekcie skóra nabiera zdrowego wyglądu, jest gładka i rozświetlona.



To nie jedyna przewaga szczoteczek Foreo nad innymi szczoteczkami do twarzy. Luna nie wymaga wymiany głowicy czyszczącej - wykonana jest w całości z silikonu, który nie tylko sprawia, że oczyszczanie jest łagodne, ale również zapewnia higienę. Szybko wysycha, jest gładki, a więc nie gromadzą się na nim bakterie. Szczoteczka Foreo Luna nie wymaga zakupu specjalnych środków czyszczących - wystarczy ją przepłukać wodą, ewentualnie umyć żelem, który na co dzień stosujemy do mycia twarzy.
Dzięki takiej budowie Luna jest tańsza w użytkowaniu niż inne szczoteczki do twarzy, które wymagają zakupu nowych głowic co kilka miesięcy i stosowania specjalnych środków do dezynfekcji. Poza tym jest w 100% wodoodporna - można ją swobodnie całą wypłukać, a także stosować pod prysznicem.
Jedyne, o czym musimy pamiętać, to by nie stosować razem z tą szczoteczką środków zawierających alkohol, benzynę lub aceton. Odpadają także wszelkie żele do mycia twarzy z drobinkami peelingującymi, z glinką lub z silikonami.



Co jeszcze wyróżnia Lunę?
Szczoteczka ta sprawdzi się u każdego. Kupujący może dobrać dla siebie model zależnie od potrzeb swojej cery. Klasyczna Luna dostępna jest w trzech wersjach: do cery ultrawrażliwej, wrażliwej lub normalnej oraz mieszanej. Każda z tych szczoteczek daje możliwość dostosowania szybkości impulsów sonicznych na 8 poziomach.
Dla osób, które często podróżują lub po prostu wolą taką troszkę mniej wypaśną wersję, Foreo przygotowało Lunę w wersji Mini. Jest to szczoteczka bardziej uniwersalna (z przodu znajdują się wypustki dostosowane do skóry wrażliwej lub normalnej, z tyłu - te do skóry mieszanej, wymagającej silniejszego oczyszczania). Luna Mini umożliwia ustawienie szybkości impulsów na dwóch poziomach.

PRZÓD / TYŁ
PRZÓD szczoteczki Foreo Luna Mini - ułożenie wypustek przeznaczone dla cery wrażliwej/normalnej

TYŁ szczoteczki Foreo Luna Mini - ułożenie wypustek przeznaczone dla cery mieszanej (takie samo ułożenie wypustek jest również w szczoteczce Foreo Luna for Men)

Co ciekawe, Luna może być przyjaciółką nie tylko każdej kobiety, ale też... każdego dbającego o siebie pana ;) Foreo ma w ofercie szczoteczkę Luna for Men. Dostosowana jest ona do potrzeb męskiej skóry. Jej zadaniem jest nie tylko oczyszczanie, ale też ułatwianie golenia. Po użyciu Luny panowie nie będą narzekać na podrażnienia, zapomną też o zacinaniu się przy goleniu. Moim zdaniem to super sprawa!

Źródło

Szczoteczki Foreo od października dostępne są w drogeriach Douglas. Przyznam, że ja jeszcze nie widziałam ich stacjonarnie. Jeśli wolicie kupić je online, znajdziecie je TU w cenie 509zł za Lunę Mini i 719zł za Lunę oraz Lunę for Men.
Ważne jest również to, że producent daje na te szczoteczki 2 lata gwarancji oraz 10 lat tzw. gwarancji jakości, dzięki której kolejny produkt Foreo możemy kupić za połowę ceny. Przyznam, że bardzo to korzystne.


Ok, przejdźmy jednak do tego, jak u mnie spisuje się Luna, bo podejrzewam, że jesteście ciekawi, za co tak bardzo ją polubiłam.
Zacznę może od tego, że stosowanie Luny Mini jest bajecznie łatwe. Co prawda producent dołącza instrukcję obsługi, ale urządzenie działa intuicyjnie. Mamy jeden przycisk, który służy do włączenia impulsów sonicznych (jedno naciśnięcie), zmniejszenia szybkości (drugie naciśnięcie) oraz wyłączenia urządzenia (trzecie naciśnięcie).
Fantastyczne jest też zasilanie Luny Mini. Pełne ładowanie trwa godzinę. Wystarczy podpiąć Lunę pod USB do laptopa lub komputera. W pełni naładowany akumulator pozwala na ok. 300 użyć!!!
Na pewno zapytacie jednak, czy Luna się nie rozładuje, jeśli np. samoistnie włączy się w kosmetyczce. Otóż nie, gdyż wyposażona jest w system, który automatycznie wyłączy ją po 3 minutach.


Mycie twarzy przy pomocy Luny Mini jest bardzo przyjemne. Ja robię to w ten sposób, że moczę twarz i szczoteczkę, a następnie dłońmi rozprowadzam po skórze wybrany żel do mycia. Następnie odpalam Lunę i postępuję zgodnie z zaleceniami producenta: po 15 sekund na policzki, 15 sekund na czoło, 15 sekund na nos i brodę. Skąd wiem, ile czasu minęło? Spokojnie, nie muszę liczyć do piętnastu ;) Luna ma wbudowany timer - co 15 sekund daje mi znać poprzez mrugnięcie światełka u podstawy szczoteczki oraz krótką zmianę impulsów (działa to tak samo jak w elektrycznych szczoteczkach do zębów).


Zabrałam Lunę ze sobą na wakacje. Tak jak obiecywał producent, okazała się bardzo wytrzymała - bez najmniejszego uszczerbku przetrwała transport.


Luna sprawia, że moja skóra jest naprawdę oczyszczona - czuję to w dotyku i widzę gołym okiem: pory są oczyszczone i wyraźnie zmniejszone, zapomniałam o czymś takim jak łuszczący się naskórek - nawet nie muszę stosować peelingu mechanicznego, by mieć gładką skórę. Wystarczy mi regularne stosowanie Luny Mini rano i wieczorem, by cera codziennie była tak miękka, gładka i promienna jak po peelingu. Takie dogłębne oczyszczanie wspomaga też wchłanianie się wszelkich kremów czy olejków, które po myciu nakładam na twarz - mam wrażenie, że wchłaniają się szybciej i docierają do głębszych warstw skóry, potęgując swoje działanie.
Co dla mnie bardzo istotne, Luna nie podrażnia mojej cery. Początkowo wydawało mi się to niemożliwe - jak można myć twarz szczoteczką? Przecież ja mojej cery nie mogę nawet potrzeć ręcznikiem, by jej nie podrażnić, a teraz miałabym użyć szczoteczki?! Okazało się jednak, że marce Foreo udało się połączyć skuteczność oczyszczania z niesamowitą delikatnością.
Efekty stosowania szczoteczki odczuwalne są właściwie od razu po pierwszym użyciu, ale by zobaczyć i poczuć pełny efekt, konieczne jest systematyczne stosowanie przez kilka dni.


Ja jestem szczerze zachwycona Luną Mini. Bardzo się cieszę, że trafiła w moje ręce. Nie wyobrażam sobie już oczyszczania twarzy bez tej małej, kosmicznie wyglądającej szczoteczki - stała się dla mnie po prostu niezastąpiona. Jeśli tylko macie na to ochotę i dysponujecie odpowiednimi środkami finansowymi, zachęcam Was do wypróbowania Luny - jestem pewna, że polubicie ją tak jak ja.


Gdy nie mam czasu, by należycie zadbać o moje włosy przy pomocy naturalnych, organicznych kosmetyków, bez wyrzutów sumienia sięgam po te z drogeryjnej półki. Dawno już wyrosłam z przekonania, że silikony szkodzą moim włosom - jest wręcz przeciwnie: racjonalnie stosowane kosmetyki z olejami silikonowymi chronią moje włosy przed uszkodzeniami mechanicznymi i sprawiają, że po prostu pięknie lśnią.

Dotąd moją ulubioną drogeryjną serią do włosów było Dove Intense Repair, ale ostatnio poznałam kosmetyki, które mogą o palmę pierwszeństwa konkurować - Timotei Drogocenne Olejki.
Odkąd dostałam do wypróbowania szampon, odżywkę i mgiełkę z tej serii, bardzo chętnie sięgam po tę bosko pachnącą trójcę.


Seria Timotei Drogocenne Olejki przeznaczona jest dla osób, które chcą sprawdzić korzystne działanie olejów, jednak obawiają się, że olejki w czystej postaci obciążą włosy. Kosmetyki z serii Timotei Drogocenne Olejki zawierają w swoim składzie organiczny olejek arganowy, olejek z migdałów, olej kokosowy i organiczny ekstrakt z jaśminu. Co ważne, składniki te nie znajdują się na szarym końcu składów, jak to czasami bywa w drogeryjnych produktach.


Szampon Timotei Drogocenne Olejki ma postać dość gęstego płynu w białym kolorze z perłowymi refleksami. Świetnie się pieni, dzięki czemu jest naprawdę wydajny. Już sam szampon daje dobre efekty - wygładza i nawilża, a odżywka dodatkowo potęguje ten efekt. 
Odżywka zaskoczyła mnie swoją bogatą konsystencją. Jest kremowa i gęsta, ale rozprowadzona na włosach 'znika'. Bardzo skutecznie wygładza włosy, nadaje im blask i sprawia, że łatwo się rozczesują, a w ciągu dnia nie puszą nawet pod wpływem wilgoci. Sprawdza się nie tylko w duecie z szamponem z tej samej serii, ale również z innymi szamponami, np. Babydream. Ze względu na bogatą konsystencję, radzę nakładać ją od połowy włosów - aplikowana zbyt blisko skóry głowy może obciążać włosy i przyspieszać przetłuszczanie.
Mgiełka z serii Drogocenne Olejki działa u mnie właściwie jak perfumy do włosów - otula pięknym zapachem, identycznym jak w przypadku szamponu i odżywki. Sprawia, że zapach utrzymuje się na włosach ponad dobę. Dodatkowo dyscyplinuje też bardziej niesforne pasma włosów. Dzięki nietłustej konsystencji nie działa obciążająco.





Kosmetyki z serii Timotei Drogocenne Olejki nie należą do drogich (szampon i odżywka po ok. 8zł za 250ml, mgiełka ok. 13zł za 150ml).

Za co je lubię?
Sprawiają, że moje włosy wyglądają rewelacyjnie nawet wtedy, gdy nie mam czasu na godzinną aplikację maski czy olejowanie na noc. Poza tym uwielbiam ich zapach - ciepły, słodki, idealny na jesień, z powodzeniem zastępujący perfumy.
Nie są to kosmetyki, których używam stale - stanową dla mnie deskę ratunkową w tych dniach, kiedy bardzo się spieszę lub wtedy, gdy chcę, by moje włosy wyjątkowo dobrze się prezentowały.

Podrzucam Wam jeszcze składy, gdyby ktoś był tym zainteresowany:





Pozdrawiam! :)


Kosmetyki otrzymałam do testów, jednak nie ma to wpływu na moją opinię o nich.
Witajcie!
Blog KCABB z założenia miał być blogiem skupionym wyłącznie wokół tematyki urodowej. Nie samymi kosmetykami jednak człowiek żyje, dlatego nie miejcie mi za złe tego, że tematy notek będą czasem odbiegać od kremów i szminek. W końcu piękne "wnętrzne" człowieka też jest ważne ;)

Źródło




W cyklu notek "Trochę kultury" podzielę się z Wami moimi przemyśleniami dotyczącymi książek, filmów czy wydarzeń kulturalnych. Na pierwszy ogień idzie film, na który wybrałam się przedwczoraj do kina: Miasto 44. Od zawsze interesowałam się tematyką II wojny światowej, powstaniem warszawskim w szczególności, dlatego nie mogłam przegapić tego filmu. Nie miałam jednak wobec niego żadnych szczególnych oczekiwań - myślałam: ot, kolejny polski obraz wojny, okraszony pozytywnym wątkiem miłosnym, żeby młodego widza zbytnio nie dobijać. Wystarczyło jednak kilkanaście minut, bym przekonała się, że oglądanie Miasta 44 nie jest dobrym sposobem na relaks z filmem ani tym bardziej nie stanowi delikatnej lekcji o wojnie dla młodzieży.
Film po prostu wgniótł mnie w fotel. Sprawił, że na dwie godziny wszystkie mięśnie mojego ciała zastygły w napięciu.




Poznajemy głównych bohaterów w momencie, kiedy jeszcze nie zdają sobie sprawy z tego, co przyniosą najbliższe tygodnie. Są młodzi, pełni życia, pełni miłości i optymizmu. Widzowi od samego początku ściska się serce, bo jeśli wie cokolwiek na temat historii powstania, domyśla się, że sielanka nie potrwa długo.
Film pełen jest metafor - jak np. scena pocałunku Stefana i Biedronki. Jeśli skupimy się na dosłownym rozumieniu, zobaczymy coś idiotycznego: dwoje powstańców całuje się pod ostrzałem, kule zmieniają swój bieg, czas zwalnia. Jak mogli tak głupio ryzykować?! Metaforyczny sens tej sceny jest jednak zupełnie inny: mimo całego okrucieństwa, które otacza bohaterów, miłość wygrywa - choć na chwilę zło przestaje dla nich istnieć.


Uważam, że Miasto 44 nie jest filmem dla młodzieży. Wymaga od widza naprawdę dużej dojrzałości emocjonalnej i silnych nerwów. Ma się wrażenie, że bohaterowie utknęli w jakiejś okropnej pułapce, nie ma dla nich bezpiecznego miejsca, w którym mogliby się schronić. Każdy ich krok wywołuje kolejne straszne wydarzenia. Nie można podjąć dobrej decyzji, nie ma żadnej pozytywnej alternatywy. Widzowi przez cały seans udziela się ta atmosfera ciągłego zagrożenia i zwierzęcy wprost strach bohaterów.

Źródło

Widz, przyzwyczajony do hollywoodzkich pozytywnych zakończeń, ma cichą nadzieję, że mimo wszystko na końcu miłość zwycięży, że Stefan i Biedronka będą żyli długo i szczęśliwie, jak królewicz i królewna w bajkach.
Ostatnia scena również jest metaforą, bardzo wymowną i dramatyczną, pozostawiającą widza w jeszcze większej rozsypce emocjonalnej, niż gdyby reżyser zdecydował się na użycie bardziej dosłownych środków przekazu.


Nie będę Was zachęcać, żebyście wybrali się do kina. Ten film nie jest wzruszający - jest po prostu wstrząsający. Jeśli zdecydujecie się go zobaczyć, nie skupiajcie się na warstwie dosłownej, ale idźcie w swoim rozumieniu głębiej. Dajcie się ponieść emocjom i nastrojowi tego filmu.

Może widzieliście już ten film albo czytaliście książkę opartą na jego scenariuszu?
Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii.


Pisałam Wam kiedyś o tym, że uwielbiam migdały - zarówno te, które pałaszuję jako przekąskę, jak również takie, których olejek wzbogaca składy kosmetyków.
Kiedy widzę kosmetyk z olejkiem migdałowym w INCI, podświadomie jestem do niego pozytywnie nastawiona. Dokładnie tak było w przypadku Regenerującego masła do ciała Milky Almond Phenome. Czy masło spełniło moje oczekiwania?


Opakowanie: masło otrzymujemy w ciężkim słoiku z grubego, ciemnego szkła. Słoik z kolei opakowany jest w kartonik z cienkiej brązowej tekturki. Kosmetyki Phenome mają charakterystyczną szatę graficzną - taką eko-apteczną. Mi osobiście podoba się ta stylistyka.


Masło zabezpieczone jest plastikową przezroczystą osłonką

Stosowanie:
+/- Konsystencja - kosmetyk jest gęsty i treściwy, jak na masło przystało, niestety jednak sprawia problemy przy aplikacji - rozsmarowuje się opornie i trochę bieli
+ Wchłanianie - pomimo gęstej konsystencji masło wchłania się bardzo dobrze, zwłaszcza w tych partiach, gdzie skóra jest przesuszona (u mnie łydki i łokcie), pozostawia na skórze delikatny, aksamitny film
+ Zapach - masło pachnie cudownie! Wyraźnie czuć w tym aromacie migdały. Bardzo przypomina mi pastę do czyszczenia twarzy Buche de Noel Lush. Dzięki tak przyjemnemu zapachowi stosowanie masła było dla mnie ogromną przyjemnością.
- Wydajność - niezadowalająca - ze względu na gęstą konsystencję i problemy w rozprowadzeniu kosmetyku na skórze. 200 ml wystarczyło mi na kilka aplikacji. Nie czepiałabym się, gdyby nie wysoka cena produktu...



Efekty:
Kosmetykowi nie można odmówić skuteczności - rewelacyjnie radzi sobie z nawilżeniem nawet bardzo suchej skóry. Koi podrażnienia (np. te po depilacji), uelastycznia i wygładza.
U mnie nie wywołał podrażnienia ani nie zapychał skóry - z powodzeniem stosowałam kosmetyk nawet do dekoltu, gdzie moja skóra ma skłonność do zapychania.



Skład: cudownie naturalny i przyjazny dla skóry, bazujący na naturalnych, organicznych składnikach.

INCI:  Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Fruit Water**, Caprylic/Capric Triglyceride**, Butyrospermum Parkii (Shea Butter)*, Dicaprylyl Carbonate**, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil*, Cetearyl Alcohol**, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil*, Cocos Nucifera (Coconut) Oil*, Squalane**, Myristyl Myristate**, Glycerin**, Shorea Stenoptera Seed Butter*, Glyceryl Stearate**, Cetearyl Glucoside**, Stearic Acid**, Hydrogenated Vegetable Oil*, Tocopherols**, Sodium Stearoyl Glutamate**, Aqua**, Castanea Sativa (Chestnut Tree) Seed Extract**, Avena Sativa (Oats) Kernel Extract**, Triticum Vulgare (Wheat) Germ Extract**, Iris Florentina Root Extract**, Panax Ginseng Root Extract**, Vitis Vinifera (Grape) Leaf Extract**, Dehydroacetic Acid, Parfum**, Sodium Stearoyl Lactylate**, Cetyl Alcohol**, Vegetable Oil**, Xanthan Gum**, Hydrolyzed Wheat Protein**, Mel**, Tocopheryl Acetate, Glycine Soja (Soybean) Sterols**, Sodium Carboxymethyl Betaglucan, Sodium Lactate**, Carnosine**, Mauritia Flexuosa (Buriti) Fruit Oil**, Lactic Acid**, Sodium Phytate**, Benzyl Alcohol, Caramel**, Geraniol***, Limonene***, Linalool***
* certyfikowany organiczny składnik
**  naturalny surowy składnik
*** składnik naturalnych olejków eterycznych





Dostępność: sklepy Phenome, niektóre drogerie Douglas, online
Cena: 49 zł za 50ml lub 147 zł za 200 ml



Ocena: 4/6 (Mimo drobnych problemów z aplikacją, uwielbiam to masło - zauroczył mnie jego cudowny, migdałowy zapach i zbawienne dla mojej skóry działanie. Mimo wszystko nie sądzę, bym do niego wróciła - cena zdecydowanie nie na moją kieszeń...)






Znacie kosmetyki Phenome? Dla mnie było to pierwsze spotkanie z marką i... nie ostatnie, bo w zapasach czeka na mnie jeszcze 'phenomenalny' peeling do ciała ;)

Miłego weekendu!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...