Pokazywanie postów oznaczonych etykietą balsam do ciała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą balsam do ciała. Pokaż wszystkie posty
Choć na wakacje pojechałam wyposażona w zapas kremów z filtrem, nie udało mi się uniknąć podrażnień skóry. Włoskie słońce spiekło mi... łydki. Z natury sucha w tym miejscu skóra zaczęła mi się po prostu nieestetycznie łuszczyć. Nie pomagały balsamy, olejki, peelingi. Postanowiłam sięgnąć po chwalony na blogach Balsam do ciała Iles Du Vent. Jest to marka bazująca w swoich kosmetykach na tahitiańskim oleju monoi, który przywraca równowagę hydro-lipodową skóry, nawilża, zmiękcza, łagodzi podrażnienia i stany zapalne, przyspiesza gojenie uszkodzeń naskórka. 
Czy balsam poradził sobie z ekstremalną suchością?



Pierwsze, co rzuca się w oczy w kosmetykach Iles Du Vent, to skromne, ale eleganckie opakowania, dzięki którym produkty mogą dobrze sprawdzić się jako prezent - nie potrzeba już żadnych dodatków, ewentualnie bilecik. Na plus zasługuje również fakt, że kosmetyk jest zabezpieczony przed "macaczami" i przed bakteriami - pod wieczkiem jest folia, która gwarantuje świeżość kosmetyku.




Producent zapewnia, że po odkręceniu wieczka, moje zmysły ma opanować cudny zapach kwiatu tiare. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, jak pachnie kwiat tiare, ale balsam ma całkiem przyjemną, choć bardzo delikatną dla nosa woń. 
Już przy pierwszej aplikacji zaskakuje gęsta, treściwa konsystencja balsamu - jest gęstszy niż niektóre dostępne na rynku masła. Rozprowadza się nie najgorzej, ale bieli i wymaga dłuższego wsmarowywania. Mimo to dobrze się wchłania, nie pozostawiając tłustej warstwy.




Najważniejsze jest jednak działanie. A balsam Iles Du Vent działa naprawdę dobrze. Zaskakujące dla mnie było to, że pomimo bardzo gęstej konsystencji wchłonął się właściwie "do zera", sprawiając, że mogłam zapomnieć o łuszczących się łydkach, a skóra na reszcie ciała była cudownie aksamitna w dotyku. Lubię taki efekt, tym bardziej, że uzyskałam go przy pomocy kosmetyku bez grama parafiny i silikonów, bez parabenów, chemicznych konserwantów, bez sztucznych barwników i zapachów - sama natura :)



Nie wiem, czy kosmetyki Iles Du Vent są w asortymencie jakiejkolwiek drogerii stacjonarnej. Wiem, że na pewno kupicie je online. Nie są to tanie produkty, ale wszystkie bazują na naturalnych składnikach i jeśli są równie skuteczne jak balsam, to na pewno warte swojej ceny. Dla przykładu 200ml balsamu dostaniemy za 59zł.



Czy polecam? Tak! Balsam skutecznie poradził sobie z przesuszoną, podrażnioną skórą. Jego stosowanie było dla mnie czystą przyjemnością. Mały minus za bielenie przy aplikacji, ale biorąc pod uwagę działanie, jestem w stanie przymknąć na to oko.


Nie ma chyba ważniejszych kosmetyków w lecie niż dobrej jakości kremy z filtrem i po opalaniu. Ja co roku zużywam kilka buteleczek. Mam dwie ulubione marki w tej kategorii - SunOzon z Rossmanna oraz naszą polską Lirene i to właśnie o kosmetykach tej drugiej marki chciałam Wam dziś opowiedzieć.


Pierwszym balsamem z filtrem, po który sięgam od wiosny do jesieni, jest Emulsja do opalania SPF30. Klasyka. Dobra konsystencja, brak efektu bielenia, przyjemny zapach i mega skuteczne działanie. Nie trzeba chyba dodawać nic więcej. Dla mnie to produkt podstawowy, tak jak mydło Alep czy żel uniwersalny Babydream - coś, o czym nie muszę nawet mówić, bo każdy kto mnie zna, wie, że tego używam.







Ciekawszy jest jednak drugi kosmetyk - Karmelowy balsam-fluid Sun BB SPF10. To kosmetyk idealny do nóg, bo nie tylko chroni przed promieniowaniem (dając na tyle niską ochronę, że moje wiecznie białe łydki troszkę brązowieją), ale też nadaje skórze opalony kolor. Lubię produkty 2w1. Nie polecałabym Wam tego balsamu na plażę, bo mógłby zostawiać ślady na ręczniku i zostawiać plamy na skórze po wyjściu z wody, ale na spacer po mieście, do pracy, na zakupy... wszędzie tam, gdzie potrzebujemy lekkiej ochrony przeciwsłonecznej i delikatnie brązującego efektu.
Balsam po wyciśnięciu z tubki jest biały/beżowy z brązowymi drobinkami. Po roztarciu natomiast zamienia się w ciepły odcień letniej opalenizny.
W tym roku poznałam go po raz pierwszy, ale już teraz wiem, że to nie będzie ostatni sezon w jego towarzystwie ;)








Miałam już kiedyś SOS RATUNEK balsam po przedawkowaniu słońca, ale w starszej wersji. Był wtedy okropnie gęsty i tłusty, ciężko go było rozprowadzić nawet na zdrowej skórze, a co dopiero na podrażnionej, spieczonej od słońca, obolałej. Lirene zmieniło formułę i powstał balsam idealny - zachowujący fantastyczne łagodzące działanie starej wersji, mający jednak o wiele lżejszą, lepiej rozprowadzającą się konsystencję. Teraz to prawdziwy Ratunek SOS na poparzenia słoneczne. Zawiera kojący D-panthenol, nawilżającą witaminę E i allantoinę, która przyspiesza regenerację skóry. Sięgam po niego nie tylko wtedy, kiedy na skórze pojawiają się czerwone placki (staram się do tego w ogóle nie dopuszczać), ale po każdej kąpieli słonecznej, bo na zdrowej, nawilżonej skórze opalenizna ładniej wygląda i dłużej się utrzymuje.





Znacie kosmetyki Lirene do opalania i po opalaniu? Po którą markę sięgacie najczęściej, kiedy planujecie kąpiele słoneczne?
Choć moda na opalanie się aż do zmiany rasy już powoli ustępuje, trzeba przyznać, że lekko opalone ciało chyba nie wyjdzie z mody, bo nic nie komponuje się lepiej z bielą, pastelami i złotem jak właśnie delikatnie opalona skóra. Cóż jednak mają począć ci, którzy nie mogą lub po prostu nie chcą wystawiać swojej skóry na działanie promieni słonecznych? Firmy kosmetyczne już dawno rozwiązały ten problem, oferując samoopalacze i balsamy brązujące. Dziś weźmiemy pod lupę trzy kosmetyki nadające skórze opalony kolor. Czy dają naturalny, ale wyrazisty efekt?


Pierwszym tego typu kosmetykiem jest CC Cream Bielenda. Ma dość gęstą konsystencję - jak podkład do twarzy. Daje lekko opalony kolor, nie przyciemnia skóry za bardzo (przynajmniej mojej, ale ja nie mam super bladej karnacji). Ma jednak pewną poważną - jak dla mnie - wadę: rozświetla i to tak mocno, że w promieniach słońca świecę się jak znany wszystkim Edzio ze Zmierzchu... Tak mocny efekt rozświetlenia jest nie dla mnie.








Drugi kosmetyk, który testowałam, to LastMinute Body BB Lirene. Zapowiadało się nieźle - lekka i szybko wchłaniająca się konsystencja. Niestety kolor zepsuł wszystko. Balsam zostawia na skórze przedziwny, ceglasto-świnkowy odcień, który w niczym nie przypomina naturalnej opalenizny. Na plus zaliczam mu jedynie to, że ładnie rozświetla i jest trwały, nie ściera się, wręcz tak wgryza się w naskórek, że ciężko go domyć. Nie mam zamiaru jednak korzystać z niego więcej - kolor zupełnie mi nie odpowiada.







Na koniec zostawiłam to, co Was ostatnio ciekawiło, gdy pokazywałam przesyłkę od Lirene - Rajstopy w sprayu do ciemnej karnacji. Tutaj mamy do czynienia z zupełnie inną konsystencją i innym sposobem aplikacji. "Rajstopy" aplikują się bardzo dobrze (trzeba robić to z dala od ścian i wszelkich tkanin, mebli tapicerowanych, itp), ale nie wystarczy tylko spryskać skórę - warto rozetrzeć kosmetyk, by uniknąć zacieków. Bardzo szybko wysycha, dając naturalny, opalony odcień i zapewniając dobrą trwałość. Jak dla mnie Rajstopy do ciemnej karnacji są ok, nie za bardzo widoczne. Te do jasnej karnacji mogłyby u mnie być w ogóle niezauważalne.






Najlepiej z całego zestawienia spisały się Rajstopy w sprayu od Lirene. Myślę, że naturalnej opalenizny nie zastąpią, ale przydadzą się, gdy chcemy założyć śliczną białą spódnicę, a nasze nogi przypominają kolorem łydki młynarza ;)
Co brązującego możecie mi polecić? Macie swoje ulubione produkty z tej kategorii?


Mimo że do równika mamy daleko, zaczynają nam się w Polsce robić temperatury iście tropikalne. W takie dni jak dziś, poza dodatkowym nawodnieniem organizmu, serwuję sobie też specjalną pielęgnację - orzeźwiający żel pod prysznic, owocowy peeling, lekki jak pianka balsam do ciała, odświeżającą mgiełkę i nieobciążającą włosów odżywkę. Zobaczcie mój zestaw na upały.


W lecie żel pod prysznic to podstawa - ja wybieram takie, które skutecznie myją, ale nie podrażniają i nie przesuszają skóry, a do tego zachwycają świeżymi zapachami. Do moich ulubionych należy Le Petit Marseillais Delikatny żel 2w1 pomarańcza i grejpfrut. Można go stosować zarówno jako żel pod prysznic, ale także jako płyn do kąpieli. Nie darzę marki jakimś szczególnym uwielbieniem, ale muszę przyznać, że ten kosmetyk im wyszedł. Pachnie obłędnie! Cytrusowa świeżość, stonowana nieco grejpfrutową goryczką - ta kompozycja jest po prostu stworzona na tak upalne dni jak dziś!







Po kąpieli najczęściej sięgam po krem z filtrem, ale jeśli nie wychodzę na zewnątrz, nie chcę obciążać skóry tego typu balsamami (z reguły są dość ciężkie i słabo się wchłaniają), dlatego stosuję ultralekki balsam w piance - Regenerum Regeneracyjne serum do ciała. Ma wszystkie cechy dobrego balsamu - przyjemnie pachnie, nawilża (z bardzo suchą skórą sobie nie poradzi, ale do mniej wymagającej będzie idealny), bajecznie łatwo się aplikuje, błyskawicznie wchłania i nie pozostawia tłustego, lepkiego filmu na skórze. Gwarantuję, że lżejszego balsamu do ciała nie znajdziecie.








Po wieczornej kąpieli lubię sięgnąć po peeling. Ostatnio w użyciu były u mnie przede wszystkim peelingi ujędrniające (pisałam Wam o nich TUTAJ), ale polubiłam też owocową bombę od The Secret Soap Store - Melonowy peeling do ciała. Bazujący na soli, naładowany naturalnymi olejami i masłami. Zachwyca cudownym, odświeżającym zapachem i skutecznym działaniem - takie zdzieraki lubię!






Gdy szukam odświeżenia w ciągu dnia, sięgam po wodę termalną lub Mgiełkę z ekologiczną wodą z owoców pomarańczy i komórkami macierzystymi Apis. Ten kosmetyk nie tylko przynosi efekt lekkiego ochłodzenia i odświeżenia, ale też pielęgnuje skórę, bo poza tym, co wymienione w nazwie (woda z owoców pomarańczy i komórki macierzyste) zawiera mega nawilżający kwas hialuronowy i ekstrakt z aloesu. I do tego pięknie pachnie. Jedynym minusem jest rozpylacz - bardziej "pluje" niż rozpyla.






Kiedy ciało mamy już wypielęgnowane, trzeba też pomyśleć o włosach. W upalne dni odpuszczam sobie skomplikowaną pielęgnację i godzinne trzymanie maski pod czepkiem foliowym. Ostatnio moim ulubionym produktem do włosów jest Dove Lekki nawilżający suflet do włosów z serii Oxygen&Moisture. Można psioczyć na jego drogeryjny skład, ale jednego mu nie można odmówić - działania zgodnego z obietnicami producenta. Suflet nawilża włosy i ułatwia ich rozczesywanie, nie obciążając ich jednocześnie. Nawet moje długie pasma są odbite od nasady i zachowują świeży wygląd znacznie dłużej niż po użyciu innych odżywek (z reguły na drugi dzień moje włosy są "do poprawki", po Suflecie są do mycia dopiero na trzeci dzień).




Parę dni temu ruszyła kolejna edycja loterii Dove - wystarczy, że kupicie kosmetyki Dove do pielęgnacji włosów za co najmniej 15zł, a możecie wziąć udział w losowaniu nagród. Codziennie przez 42 dni do wygrania 500zł, co tydzień 2.000zł, a nagrodą główną będzie samochód Alfa Romeo Giulietta. Można się zgłaszać przez sms'a lub na Facebooku - TUTAJ.


Znacie któryś z tych produktów? Jakie kosmetyki polecacie na +30 stopni?
Niech klima będzie z Wami ;)
Ostatnio pisałam Wam o moich ulubionych ujędrniających peelingach. Był domowy peeling kawowy w dwóch wersjach, czarne mydło oraz Antycellulitowy peeling myjący Lirene. Kto przegapił pierwszą część AKCJI: UJĘDRNIANIE, może to nadrobić, klikając TUTAJ.
Dziś natomiast chcę Wam opowiedzieć o kosmetykach, którymi smaruję ciało po kąpieli, gdy chcę ujędrnić skórę, pozbyć się skórki pomarańczowej i zniwelować rozstępy (tak, tak, ja też je mam, mimo że nie byłam w ciąży).



Pokazywałam Wam ostatnio ujędrniające nowości marki Lirene. Zdążyłam je już wypróbować i wyrobić sobie o nich zdanie. Oba produkty są warte Waszej uwagi.
14-dniowa Terapia Antycellulitowa to właściwie dwa kosmetyki w jednym, bo w kartoniku znalazłam dwie tubki. Jedna z nich to chłodzący żel na dzień, a druga - rozgrzewający żel na noc. W duecie dają niezłe rezultaty: ujędrniają i wygładzają skórę już w dwa tygodnie. Nie jest to efekt "wow", ale jeśli szukacie kosmetyku na ostatnią chwilę przed wakacyjnym wyjazdem, koniecznie sprawdźcie ten zestaw. Kosmetyki naprawdę chłodzą i rozgrzewają, jest to odczuwalne, ale na szczęście nie na tyle, by wywołać podrażnienie czy chociażby zaczerwienienie skóry. Do tego mają fajną konsystencję, umożliwiającą krótki masaż. Mimo że są lekkie, żelowe, po ich aplikacji skóra nie wymaga dodatkowego nawilżania innym balsamem.









Drugi produkt z nowości Lirene to Antycellulitowa Mezoterapia remodelator sylwetki, reduktor cellulitu i tkanki tłuszczowej. Ten kosmetyk ma bardziej kremową formułę, poza tym nie chłodzi ani nie rozgrzewa. Mimo to wiem, że działa. Skąd? Otóż ostatnio pojawiły się na moich udach drobne naczynka (eh, skłonność do ich powstawania odziedziczyłam po mamie). Wcześniej były ledwo widoczne, a po aplikacji tego balsamu powiększają się wyraźnie. Dzięki temu wiem, że Antycellulitowa Mezoterapia zwiększa mikrokrążenie w skórze, a więc stanowi skuteczną broń w walce z cellulitem. U mnie balsam nie wywołał podrażnienia, ale to produkt o silnym działaniu, więc przed pierwszą aplikacją zróbcie próbę uczuleniową!







Jedną z moich ulubionych marek kosmetyków ujędrniających jest... niepozorne Eveline. Ich produkty z serii Slim Extreme 3D i 4D stosuję już od kilku sezonów. W tym roku gości u mnie chłodzące Serum intensywnie wyszczuplające i ujędrniające. Za 20zł kupuję produkt, o którego skuteczność nie muszę się obawiać - regularnie stosowany szybko przynosi efekt w postaci jędrniejszej, gładszej, lepiej wyglądającej skóry.






Kiedy skórę mamy już ujędrnioną, warto byłoby również zadbać o to, by zmniejszyć widoczność rozstępów. U mnie nie są na tyle duże, bym miała z ich powodu jakieś kompleksy (kryją się pod bikini), ale zdaję sobie sprawę z tego, że rozstępów właściwie nie da się zlikwidować całkowicie - można jedynie niwelować ich widoczność i dbać o to, by się nie powiększały i nie powstawały nowe. Dlatego staram się utrzymywać wagę na odpowiednim poziomie, ale korzystam też z dobrodziejstw, jakie niosą ze sobą kosmetyki, a konkretnie sławny już olejek Bio-Oil. Do ciała sprawdza się rewelacyjnie, ale by osiągnąć efekty, należy stosować go regularnie przez okres kilku tygodni, a nawet miesięcy (zależnie od tego, jak duże są nasze rozstępy).
Podobno produkt ten działa świetnie także na blizny, więc wymyśliłam sobie, że zastosuję go na twarz, by zmniejszyć blizny po trądziku, ale niestety w składzie króluje parafina, która na mojej cerze sieje spustoszenie, więc pozostało mi jedynie smarować nim bioderka ;)







Na koniec dodam jeszcze tylko, że efekty aplikowania kosmetyków można zwiększyć, stosując masaż - czy to przy pomocy masażera, czy bańki chińskiej, czy nawet samych dłoni - wszystko co pobudza krążenie w skórze jest jak najbardziej wskazane.

Macie jakieś sprawdzone kosmetyki ujędrniające?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...