Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maseczka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maseczka. Pokaż wszystkie posty

Zawsze chciałam mieć cerę tak idealną jak gwiazdy na czerwonym dywanie lub na okładkach pism. I choć szybko przekonałam się o tym, że często jest to zasługa grubej na dwa palce tapety lub Photoshopa, wiedziałam, że w uzyskaniu takiego efektu niezastąpione są też odpowiednie kosmetyki. Ostatnio mogłam przekonać się o tym, sięgając po produkty, które stosuje Lady Gaga, Lindsay Lohan czy Kelly Osbourne - peeling i maseczkę STARSKIN.


Ciekawe są już same opakowania kosmetyków STARSKIN - wyglądem przypominają plakat filmowy, tyle że zamiast rozpisanych nazwisk pierwszoplanowych aktorów mamy efekty działania produktów oraz zawarte w nich substancje aktywne. Podobną stylistykę znajdziemy na stronie internetowej marki i w materiałach reklamowych. Bardzo lubię taką spójność, bo podkreśla, że są to kosmetyki ekskluzywne, przygotowane z myślą o celebrytach i o wszystkich nie-celebrytach, którzy chcą pięknie wyglądać i dbać o swoją skórę.

Ja zafundowałam swojej cerze kompleksową starskinową pielęgnację - najpierw peeling, a następnie maseczka.


STARSKIN Glowstar Perfekcyjna gąbka peelingująca to pierwszy tego typu peeling, z jakim się spotkałam. Wystarczy otworzyć saszetkę i wlać do niej dosłownie kilka kropli wody, a następnie ugniatać chwilę palcami. W saszetce znajdziemy nasączoną specjalnymi substancjami gąbkę (przypominającą aplikator do podkładu w kompakcie), którą delikatnie szorujemy całą twarz (uprzednio oczyszczoną), omijając okolice oczu. Taki zabieg wykonujemy 2 razy w tygodniu, a jedną gąbkę możemy użyć do 3 razy, zanim ją wyrzucimy.


Gąbka sama w sobie ma strukturę, która ułatwia usunięcie martwych komórek naskórka, ale nie jest za ostra. Nasączono ją mieszanką naturalnych kwasów owocowych AHA, więc podczas szorowania trochę piecze w te bardziej wrażliwe miejsca na skórze i wszędzie tam, gdzie skóra jest nawet minimalnie uszkodzona. Poza tym w gąbce zawarte są ekstrakty z marchwi, brokuła, pomidora i liści oliwnych. Peeling ma działanie przede wszystkim złuszczające, ale też rozświetla skórę, tonizuje, odświeża, sprzyja regeneracji.



Efektu użycia peelingu w gąbce STARSKIN są zupełnie nieporównywalne z efektami innych peelingów, które znam. Gąbka sprawia, że cera jest supergładka w dotyku, supermiękka, ale też taka rzeczywiście rozświetlona, jakby nam ktoś wymienił skórę na nówkę sztukę, nieśmiganą. Gołym okiem widać i czuć w dotyku, że gąbka naprawdę solidnie złuszcza martwe komórki.








Drugim produktem, po który sięgnęłam, była STARSKIN Red Carpet Ready Kokosowa maseczka z biocelulozy. Podobno bioceluloza to nowy "złoty standard" w pielęgnacji skóry. Pozyskuje się ją w procesie fermentacji soku kokosowego. Jest to materiał rzeczywiście przypominający w dotyku bardzo cienką skórę, jest giętki, nie tak sztywny jak płat bawełniany, dzięki czemu świetnie przylega do skóry, umożliwiając jeszcze lepsze wchłanianie substancji aktywnych.


Biocelulozowa maska zanurzona jest w odżywczym serum, które w 20 minut ma zapewnić cerze piękny wygląd. Zawiera takie dobroczynne składniki jak nawilżający wyciąg z kokosa i heksapeptyd-37, wzmacniający barierę ochronną skóry ksylitol, przeciwzmarszczkowe brązowe algi, stymulującą adenozynę i bakterie probiotyczne. Maseczka może być stosowana przy każdym typie skóry nawet codziennie, choć wystarczającą opcją jest 1-2 razy w tygodniu.




Maska Starskin rzeczywiście świetnie przylega, przykleja się do cery jak druga skóra. Jest bardzo mocno nasączona serum - na tyle mocno, że u mnie nie chciało się to wchłaniać. Cera była nawilżona, zregenerowana, rozluźniona, ale też pokryta lepką warstwą serum. Nie było opcji, by nakładać na to makijaż - musiałabym nadmiar serum po prostu zetrzeć. Tak się jednak złożyło, że na aplikację maski wybrałam dzień, w którym nie musiałam się malować, więc nie przejmowałam się tym zbytnio, ale jeśli czytam na opakowaniu, że po aplikacji maski mogę od razu nałożyć makeup, to jest to jak dla mnie nierealne. Może przy bardzo suchej skórze efekt byłby inny.
Co ciekawe, w saszetce pozostało jeszcze tyle serum, że wysmarowałam tym szyję, dekolt i pewnie mogłabym jeszcze brzuch i nogi posmarować, ale odstąpiłam resztę mamie (serum należy zużyć od razu po otwarciu saszetki, nie może leżakować, więc opcja odłożenia go do następnego dnia odpadała).


Produkty Starskin zrobiły na mnie ogólnie dobre wrażenie, choć bardziej jestem zadowolona z peelingującej gąbki niż z maski. Faktem jednak jest, że po takim domowym SPA moja cera przez kilka kolejnych dni wyglądała promiennie, była gładka w dotyku i bardzo dobrze nawilżona.


Produkty STARSKIN są do kupienia w sieci perfumerii Douglas w cenie 39,90zł każdy.

A na koniec jeszcze ciekawostka: tak uroczo przedstawia się próbka maseczki Starskin :D


Uwielbiam miód! Zwłaszcza jesienią często po niego sięgam, bo nie ma nic lepszego na brzydką pogodę niż gorrrrąca herbata z miodem, albo mleko z miodem na dobry sen.
Moja skóra też korzysta z dobrodziejstw pszczelego złota. Już za wczesnonastoletnich czasów stosowałam okłady z miodu na usta - cudownie nawilżały i cudownie smakowały ;) A przez ostatnie miesiące towarzyszyła mi koreańska maska miodowa do twarzy [I'M FROM] Honey Mask.



Marka [I'M FROM] chwali się tym, że miodowa maska zawiera aż 38,7% prawdziwego ziołowego miodu z rejonów Parku Narodowego Jiri-san (południowa część Korei Południowej). W każdym słoiczku są ponad 3 łyżki miodu. Producent zwraca też uwagę na to, że część kosmetyków opisywanych jako miodowe, opiera się na ekstrakcie miodowym, czyli tak naprawdę mocno rozwodnionej odrobince miodu, której właściwości są nieporównywalnie słabsze niż w przypadku naturalnego, nierozwodnionego miodu. Warto mieć to na uwadze i sprawdzać składy, jeśli kupujecie jakieś miodowe kosmetyki.



Co poza miodem zawiera maska? Na opakowaniu próżno szukać INCI po angielsku czy łacinie, na szczęście dokładną listę ingrediencji znalazłam na stronie sklepu. Kosmetyk wolny jest od silikonów.
Na pierwszym miejscu składu mamy miód, następnie trójglicerydy (emolient), PEG (renatłuszczający, w kosmetykach do spłukiwania nie powinien powodować podrażnień), stabilizator emulsji, a potem: olej makadamia, olej słonecznikowy, masło shea, wosk pszczeli, witamina E, ekstrakt arganowy, olej z orzechów laskowych, olej jojoba, śluz ślimaka, hydrolat bambusowy, hydrolat z kwiatu lotosu, woda aloesowa, propolis, jad pszczeli, ekstrakt z grejpfruta, ekstrakt z korzenia sofory, ekstrakt z kwiatu goździka, ekstrakt z eukaliptusa, ekstrakt z owocu granatu, ekstrakt z bambusa, glikol butylenowy (nawilża i pełni rolę promotora przenikania), gliceryna.

źródło


Honey Mask ma konsystencję i wygląd kajmaku. Pachnie jak miodowe ciasto posypane chrupiącymi orzechami włoskimi. Ciekawość zwyciężyła nad rozumem i zdarzyło mi się raz spróbować maseczki. Byłam przekonana, że skoro wygląda jak masa krówkowa i pachnie jak coś pysznego, to musi też przyjemnie smakować... Niestety w smaku maska jest okropna - gorzka i piecze w język, więc jeśli kiedyś wejdziecie w jej posiadanie, ograniczcie się do stosowania jej zgodnie z zaleceniami producenta ;)



Maseczkę aplikuję na oczyszczoną skórę po demakijażu i peelingu. Zostawiam na 15-20 minut i spłukuję letnią wodą. Nauczyłam się już, że jest to kosmetyk baaaardzo wydajny - wystarczy nałożyć cieniutką warstwę, jak przy aplikacji kremu, by osiągnąć odpowiedni efekt i nie mieć problemów ze zmyciem maski. Spłukuje się ją względnie łatwo, bo nie zasycha na skórze, ale pozostawia śliski, tłustawy film. Nie jest to jednak lepka warstwa, która zniechęciłaby mnie do stosowania maski, a jedynie przyjemny efekt lekkiego natłuszczenia skóry.



Producent zapewnia, że Honey Mask daje skórze nawilżenie, odżywienie, uelastycznia, koi i witalizuje. Bogaty skład kosmetyku zdaje się te obietnice potwierdzać. Na korzyść produktu przemawiają też opinie klientów, którzy zakupili i wypróbowali maskę.
Moim zdaniem jest to po prostu fantastyczny kosmetyk. Uwielbiam sięgać po niego zawsze wtedy, gdy mojej skórze potrzeba solidnego nawilżenia i natłuszczenia. Daje świetny efekt, nie zapychając porów, a każda aplikacja jest po prostu ucztą dla zmysłu węchu.



[I'M FROM] Honey Mask niestety nie jest dostępna w żadnej ze stacjonarnych drogerii, a online kupicie ją na Wishtrend TUTAJ. Nie jest to tani produkt - za 120g w regularnej cenie zapłacimy 37,90$, czyli około 150zł (aktualnie maska jest w promocji za 31,08$ - 120zł). Warto jednak rozważyć jego zakup, bo świetnie działa, obłędnie pachnie, jest mega wydajny i ma skład, jakiego nie znajdziemy chyba w żadnej innej maseczce.

Dołączacie do fanów miodu? ;)




Podczas wakacji we Włoszech nie mogłam darować sobie wizyty w salonie z kosmetykami naturalnymi Lush, jednak kiedy tam weszłam, miałam ochotę albo kupić WSZYSTKO, albo po prostu wyjść z pustymi rękoma, bo zdecydowanie się na coś było po prostu niemożliwe. Trudno mi było coś wybrać także dlatego, że część kosmetyków miała inne nazwy - np. popularna kula do kąpieli The Comforter we Włoszech zwie się Flutti di Bosco - i dlatego nie mogłam się połapać, co jest czym. Ostatecznie postanowiłam zdać się na mój nos i wybrałam dwa najapetyczniej pachnące produkty - kukurydziany czyścik do twarzy Let The Good Times Roll oraz świeżą maskę do twarzy Cupcake (we Włoszech zwaną Terra Madre). Czy to był dobry wybór?



Czyścik Let The Good Times Roll należał początkowo do limitowanej edycji pojawiającej się w sprzedaży tylko w okresie świątecznym, jednak z czasem postanowiono wprowadzić go do stałej oferty. Jest to produkt mający za zadanie w łagodny sposób umyć skórę (nie zawiera detergentów, nie pieni się), a także delikatnie peelingować, by usunąć martwe komórki naskórka. Ma konsystencję miękkiej plasteliny, ale gdzieniegdzie w tej gładkiej masie można natknąć się na kawałki popcornu. Pachnie po prostu obłędnie! Waniliowo, ciasteczkowo, słodko i mega apetycznie, aż chce się skubnąć kawałek. Jeśli tak jak ja jesteście wielbicielami podjadania surowego ciasta, to uważajcie - Let The Good Times Roll może Was zmylić, bo pachnie i wygląda prawie identycznie ;)




Let The Good Times Roll jest bardzo skuteczny w oczyszczaniu cery. Dla każdego, kto przyzwyczajony jest do mycia twarzy pieniącym się żelem, na pewno stanowić będzie zaskoczenie, ale myślę, że szybko się do niego przekonacie. Moim zdaniem jest trochę za mocnym zdzierakiem, by stosować go codziennie - ja sięgam po niego dwa-trzy razy w tygodniu. Po użyciu czyścika moja cera jest gładka, delikatnie nawilżona i cudownie pachnąca przez długi czas.




Po umyciu i speelingowaniu cery lubię sięgnąć po maseczkę. Ostatnio była to głównie Terra Madre, bo lushowe maseczki mają bardzo krótką datę ważności (jedynie miesiąc), a ta czekoladowa okazała się do tego bardzo wydajna. By nie wyrzucać tak dobrego kosmetyku, zamroziłam połowę, dzięki czemu udało mi się zużyć ją całą.
Terra Madre (albo Cupcake - jak zwał, tak zwał) ma dość tępą, suchą konsystencję, ale nie najgorzej się rozprowadza. Już podczas nakładania czuć pod palcami, że ma w sobie peelingujące drobinki, które podczas zmywania maski dodatkowo masują cerę.
Maseczka przypomina wyglądem czekoladową pastę z drobnymi kawałkami orzechów albo mokrą ziemię (stąd nazwa Terra Madre, czyli Matka Ziemia). Pachnie tak ciekawie, że gdy tylko ją poniuchałam, wiedziałam, że będę ją uwielbiać. To połączenie głębokiego aromatu gorzkiej czekolady z orzeźwiającą nutą mięty. Wszyscy fani pastylek miętowych będą zakochani ;)




Poza pięknym, apetycznym zapachem Terra Madre ma też fantastyczne działanie. Dzięki zawartości marokańskiej glinki rhassoul delikatnie oczyszcza skórę, odżywia, ujędrnia, wygładza, tonizuje, a dodatek mięty sprawia, że maska przyjemnie chłodzi i powoduje lekkie mrowienie po nałożeniu. Przy regularnym stosowaniu sprawia, że cera jest rozświetlona, nawilżona i zdecydowanie lepiej oczyszczona.





Wybrałam kosmetyki, które nie są topowymi, flagowymi produktami marki Lush, ale świetnie się u mnie sprawdziły i - mimo że nie są to najtańsze kosmetyki - nie żałuję ani pół wydanego na nie euro. Zadowala mnie ich działanie, a zapachy po prostu zachwycają. Terra Madre i Let The Good Times Roll mają tylko jedną jedyną wadę - słabą dostępność. Chociaż może to i dobrze, bo gdybym miała sklep Lusha w Krakowie, to pewnie już byłabym bankrutem ;)

Znacie kosmetyki Lush'a? Macie wśród nich swoich ulubieńców czy może nie podzielacie zachwytu nad produktami tej marki?
Co z oferty Lush'a kusi Was najbardziej?
Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego maska algowa w salonie SPA kosztuje około 50-60zł?
Spieszę z odpowiedzią - bo działa i ludzie chcą za to płacić. Maski algowe to niesamowicie przyjemny i skuteczny sposób nawilżenia, ujędrnienia skóry, spowolnienia starzenia, ogólnie poprawienia jej kondycji.
Dlaczego jednak nie mielibyśmy sami zamienić się w kosmetyczkę, przekształcić swoją łazienkę w salon SPA i oddać się algowej przyjemności w zaciszu własnego domu? Nowa polska marka INITIALE daje nam taką możliwość, oferując maski peel-off na bazie alginatu w ośmiu różnych wersjach odpowiadających na różne potrzeby skóry. Maski kosztują 8,50zł za sztukę, więc jest to znacznie taniej niż w salonie SPA. Czy warto je wypróbować?



Ja dostałam pakiet 8 masek od marki do wypróbowania. Chciałam jak najszybciej dać Wam znać, jak się sprawdzają, więc rozdzieliłam je pomiędzy moją najbliższą rodzinę, dając każdemu po 2 maski najlepiej dostosowane do potrzeb jego skóry. Dzięki temu wiem, jak sprawdzają się maski INITIALE nie tylko na mojej mieszanej, wrażliwej cerze, ale i na młodej, trądzikowej cerze mojej siostry, dojrzałej i tłustej cerze taty oraz dojrzałej, pozbawionej elastyczności i suchej cerze mojej mamy.

Taki ze mnie Jožin z bažin w maseczce INITIALE Mineralne wzmocnienie ;)


Wszystkie maski INITIALE są identyczne w przygotowaniu - do plastikowej miseczki wlewam 50ml płynu (przegotowanej wody, hydrolatu, wody różanej) w temperaturze pokojowej, wsypuję zawartość saszetki z maską i szybko i dokładnie mieszam. Aplikuję grubą warstwą na skórę, pozostawiam 15 minut i zdejmuję. Potem wacikiem namoczonym w toniku zmywam ewentualne pozostałości.

Wszystkie wersje maseczek są bez parabenów, GMO i pochodnych, a także bez SLS. Zawierają od 96,3% do 99,9% składników naturalnych. W dodatku jest to produkt polski.



Poznajcie bliżej maski INITIALE:



INITIALE Odmłodzenie i rewitalizacja
Zadaniem maski jest stymulacja syntezy kolageny i elastyny, odżywienie i dotlenienie skóry, opóźnienie procesów starzenia. Maska zawiera ekstrakt z kawioru (który rewitalizuje, poprawia koloryt skóry, stymuluje odnowę komórek, ujędrnia, jest źródłem fosfolipidów).

Tę wersję testowała MAMA:
Po rozmieszaniu maska ma ciemny odcień niebiesko-szarości. Jej zapach jest prawie niewyczuwalny. Podczas aplikacji mrowi i delikatnie chłodzi, zwłaszcza w tych miejscach, w których skóra jest cienka, wiotka, pozbawiona elastyczności i jędrności oraz tam, gdzie występują zmarszczki. Po zdjęciu skóra jest jak nowa - nawilżona, nawodniona, wygładzona, odżywiona, jakby rozmiękczona, zmarszczki są spłycone. 







INITIALE Odbudowa i roświetlenie
Maska rozjaśnia przebarwienia, napina skórę, pobudza regenerację komórek. Zawiera wyciąg perłowy i koenzym Q10, dzięki czemu sprawia, że skóra staje się delikatna, rozświetlona. Kompleks protein, minerałów, lipidów i aminokwasów działa antyseptycznie, przeciwzapalnie, a także nawilżająco.

Maskę testowali RODZICE (bo miałam 2 sztuki):
Po rozmieszaniu maska nabiera musztardowego koloru ze złotymi, połyskującymi drobinkami. Ma piękny, perfumowany, delikatny zapach, dzięki któremu taki zabieg wydaje się naprawdę ekskluzywny. Mama w czasie aplikacji odczuwała delikatne mrowienie (słabsze niż przy Odmłodzenie i rewitalizacja), a po zdjęciu maski miała wrażenie, że wzmocniło się krążenie w skórze (czuła ciepło na policzkach), a skóra była miękka, jedwabista w dotyku i naprawdę nawilżona. Tacie ta maska mniej przypadła do gustu, bardziej polubił tą, o której poniżej. W trakcie aplikacji nie czuł właściwie nic szczególnego, a po zdjęciu maski skóra była nawilżona, miękka, gładka, ale nie był to na tyle wyrazisty efekt, by go zachwycić.






INITIALE Pielęgnacja i nawilżenie
Maska z oliwką intensywnie odżywia i nawilża skórę, spowalnia procesy starzenia, zapobiega powstawaniu zmarszczek i redukuje już istniejące, ujędrnia, uelastycznia i wygładza. Zawiera oliwę z oliwek, bogatą w kwasy tłuszczowe (oleinowy, linolenowy, alfa linolenowy), prowitaminę A i tokoferole.

Maskę testował TATA:
Żałuję, że nie zrobiłam mu zdjęcia, bo po rozmieszaniu maska ma kolor soczyście zielony i tata wyglądał w niej po prostu jak sobowtór Shreka :P Kosmetyk pachnie czymś ziołowym, jakby mentolem z odrobiną olejku herbacianego... W czasie aplikacji tata odczuwał lekkie mrowienie w miejscach, gdzie skóra jest cienka - policzki, wokół ust. Po zdjęciu maski zachwycił się swoją nawilżoną, wygładzoną, miękką w dotyku skórą. Stwierdził, że to najlepsza maska, jakiej używał.






INITIALE Drzewo herbaciane
To maseczka idealna dla cery trądzikowej, bo działa oczyszczająco, przeciwzapalnie, antybakteryjnie, wzmacniająco i ujędrniająco. Zawiera olejek z drzewa herbacianego, który znany jest ze swoich bakteriostatycznych właściwości. Znajdziemy w niej też ekstrakt z wierzby, zawierający kwas salicylowy, który reguluje wydzielanie sebum.

Maseczkę testowała moja SIOSTRA:
Po rozmieszaniu maska ma odcień zielonkawo-szary. Pachnie charakterystycznie olejkiem z drzewa herbacianego. W czasie aplikacji daje bardzo przyjemne odczucia - mrowi (szczególnie w okolicach ust i policzków), chłodzi. Po aplikacji skóra jest wyraźnie oczyszczona, pory domknięte, cera jest odświeżona, zmiękczona. Asia powiedziała: "ogólnie mega przyjemnie, 10/10" ;)






INITIALE Intensywna regeneracja
Maska ma działanie oczyszczające, wygładza skórę, poprawia koloryt i stymuluje odnowę komórek. Zawiera ekstrakt z papai, w którym są papainy - enzymy rozkładające białko, pozwalające usunąć martwe komórki naskórka, więc ta maska działa jak peeling enzymatyczny. Zawiera również argininę i prolinę - aminokwasy stymulujące odnowę komórkową. Poza tym papaja ma także w składzie przeciwrodnikowe karotenoidy, które opóźniają procesy starzenia i zapobiegają podrażnieniom słonecznym.

Maskę testowała moja SIOSTRA:
Po rozmieszaniu maska ma kolor pastelowo brzoskwiniowy i przyjemny dla nosa, owocowy zapach (kojarzący mi się trochę z brzoskwiniową mgiełką do ciała z Avonu). W trakcie aplikacji nie daje żadnych silniejszych odczuć - nie powoduje mrowienia, nie chłodzi. Po zdjęciu maseczki skóra mojej siostry była nawilżona, rozmiękczona, odświeżona, ale nie tak mocno wygładzona i oczyszczona jak po opisywanej powyżej maseczce z olejkiem z drzewa herbacianego.






INITIALE Odżywcza pielęgnacja
Zadaniem tej wersji maseczki jest tonizowanie, uelastycznianie, wzmacnianie skóry. Zawiera acerolę, jeden z najbardziej wypakowanych witaminą C owoców na świecie, zawierający także prowitaminę, witaminy B1, B2, PP, wapń, fosfor, żelazo, karotenoidy i flawonoidy. Łatwo zgadnąć, że tak bogaty w dobroczynne składniki owoc ma zbawienne dla skóry działanie - neutralizuje wolne rodniki, spowalniając procesy starzenia, rozjaśnia przebarwienia, tonizuje, dodaje elastyczności, wzmacnia skórę.

Maseczkę testowałam JA:
Po rozmieszaniu ma jasnoróżowy kolor i przyjemny, choć dość intensywny, perfumowany zapach. Podczas aplikacji wywołuje przyjemne mrowienie, zwłaszcza w okolicach ust. Po zdjęciu skóra wygląda tak, jakby ktoś zdjął nam starą i zastąpił zupełnie nową skórą. Jest nawilżona, gładka, miękka, rozjaśniona, stonizowana, chłodna w dotyku.






INITIALE Mineralne wzmocnienie
Zadaniem ostatniej już maski jest odświeżenie, wzmocnienie i silne tonizowanie. Maska zawiera znaną ze swego skutecznego działania algę Spirulinę, która zawiera białka, antyoksydanty, aminokwasy, witaminę C, E i A. Spirulina nie bez powodu nazywana jest strażnikiem młodości i pogromcą wolnych rodników. Maska zawiera również mentol, który daje uczucie mega odświeżenia i odprężenia.

Maskę testowałam JA:
Tę maseczkę polecam Wam najmocniej, zwłaszcza na takie upały, jakie nawiedzały nasz kraj jeszcze kilka dni temu. Maseczka jest po prostu mega relaksem, mega przyjemnością - chłodzi, mrowi, działa jak delikatny masaż dla skóry, aż nie chce się jej zdejmować. Po aplikacji cera jest tak odświeżona, jakbym wsadziła głowę na 15 minut do lodówki ;) Poza tym skóra jest również nawilżona, stonizowana, pory domknięte.
Maska ma kolor zielony, miętowy (możecie ją zobaczyć w akcji na zdjęciach na początku tej notki), pachnie jak miętowa guma do żucia.



Czy polecam Wam maski Initiale? Oczywiście! Za cenę 8,50zł to naprawdę fantastyczne, profesjonalne kosmetyki dające świetne efekty i ogromną przyjemność stosowania. Ja już teraz wiem, że na pewno zagoszczą na stałe w pielęgnacji mojej i mojej rodziny. Maski algowe to nie tylko jednorazowa przyjemność i krótki efekt - przy regularnym stosowaniu zapewniają profesjonalne efekty nawilżenia, ujędrnienia, spowolnienia procesów starzenia skóry.
Jeśli zastanawiacie się, które maski najbardziej warto wypróbować, to ja polecam Pielęgnacja i nawilżenie z oliwką, Mineralne wzmocnienie ze spiruliną i Oczyszczenie i regeneracja z drzewem herbacianym.
Maski kupicie online, stopniowo będą się też pojawiać w drogeriach stacjonarnych jak Hebe, Astor i inne. Zaglądajcie też na Fanpage marki INITIALE - TUTAJ.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...