Pokazywanie postów oznaczonych etykietą róż/puder brązujący. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą róż/puder brązujący. Pokaż wszystkie posty
Uwielbiam miniaturki kosmetyków kolorowych! I to nie tylko dlatego, że zajmują tak mało miejsca w podróżnej kosmetyczce. Także dlatego, że kosztują mniej niż kosmetyki pełnowymiarowe i dzięki temu mogę je sobie sprawić bez większych wyrzutów sumienia. Kolejnym powodem jest to, że takich kosmetyków jak bronzer najczęściej nie jestem w stanie zużyć do końca nim upłynie ich termin ważności - dzięki miniaturkom mam na to większe szanse.
Jakiś czas temu pokazywałam Wam na Facebooku i Instagramie zestaw miniaturek marki IsaDora - Bronzing Make-Up Kit. Przyjrzyjmy mu się bliżej...



Jeśli macie zdrową, ładnie opaloną cerę, zestawem IsaDory zrobicie właściwie cały makijaż na upalne dni - bo przy dużych temperaturach i tak wszystko inne z Was spłynie. Dlatego podkreślający opaleniznę puder bązujący, pędzel i klasyczna czarna maskara to must have. 




Zacznijmy może od maskary. Jest to miniaturka tuszu IsaDora Precision Mascara w głębokim czarnym kolorze. Posiada specjalną silikonową szczoteczkę umożliwiającą precyzyjną aplikację tuszu i dokładne rozczesanie rzęs bez pozostawiania na nich grudek. Bardzo podoba mi się efekt, jaki daje na rzęsach - do codziennego makijażu jest idealnie: rzęsy długie, czarne, rozdzielone, bez grudek czy "owadzich nóżek". Niestety maskara nie jest wodoodporna, ale bardzo dobrze się trzyma nawet w wysokich temperaturach. Nie osypuje się w ciągu dnia i nie rozmazuje pod okiem mimo że testowałam ją przy wysokiej wilgotności powietrza.











Drugim fantastycznym elementem tego zestawu jest IsaDora Bronzing Powder 45 Highlight Tan. Rozczula mnie to malutkie opakowanie - wygląda trochę jak zabawkowy kosmetyk dla dziecka, ale dzięki temu jest niesamowicie poręczny. Każda kobieta, która próbowała kiedyś zmieścić w kosmetyczce wielgachny bronzer, doceni małe gabaryty tego od IsaDory. Plastikowe opakowanie pięknie się prezentuje i sprawia wrażenie solidnego. W środku kryje lusterko.






Puder w opakowaniu sprawia wrażenie średnio ciemnego, ciepłego i matowego bronzera. Ma bardzo dobrą konsystencję, jest suchy, miałki, bardzo drobny i łatwo nabiera się na pędzel. Gdy rozprowadzimy go na skórze, przekonujemy się, że ma też mocną pigmentację i lekko rozświetlające wykończenie (ale nie zawiera brokatowych drobinek, uf, uf!), więc należy uważać, by nie zrobić sobie nim za ciemnych plam. Skutecznie przylega do skóry, wręcz "wgryza się" w naskórek - z jednej strony jest to ogromny plus, bo bronzer zachwyca trwałością, z drugiej jednak stanowi pewien minus, gdyż kosmetyk nie daje się tak łatwo blendować. Trzeba z nim trochę popracować, by przyzwyczaić się do jego aplikacji.

Od lewej: IsaDora Bronzing Powder Highlight Tan 45, Nuxe Poudre Exlat Prodigieux, Mary Kay Sheer Dimensions Powder Chiffon, Guerlain Terracotta Poudre Bronzante 07






Do zestawu dołączony jest także miniaturowy pędzel kabuki - IsaDora Brush special size. Teoretycznie powinien służyć aplikowaniu bronzera, ale... ja preferuję go w innej roli. Nie potrafię aplikować bronzera pędzlem mini kabuki - wolę konturować twarz ukośnie ściętym pędzlem, bo pozwala na bardziej precyzyjną aplikację, co jest dla mnie bardzo ważne zwłaszcza w przypadku bronzera, który nie jest łatwy w blendowaniu. Pędzel mini kabuki jest za to idealny do różu i rozświetlacza, a gdy nie ma się pod ręką klasycznego kabuki, można nim też nałożyć puder na całą twarz. IsaDora Brush jest mięciutki, solidnie i ładnie wykonany. 





Moim zdaniem takie zestawy są rewelacyjne na wszelkie wakacyjne wyjazdy, ale nie tylko - pięknie spakowany zestaw miniaturek może stanowić też dobry pomysł na prezent dla siostry, mamy, przyjaciółki. Ten zestaw znajdziecie w perfumeriach Douglas i innych drogeriach (TUTAJ możecie wyszukać najbliższy sklep) za około 50zł.
I jak Wam się podoba?

A poniżej makijaż wykonany przy użyciu między innymi bronzera i maskary z tego zestawu.


Za oknem rozkwita wiosna. Tymczasem patrząc na mój makijaż, można by wnioskować, że trwa właśnie upalne, słoneczne lato. A to wszystko za sprawą dwóch kosmetyków Nuxe - DD Crème Prodigieuse i Poudre Éclat Prodigieux.



Nuxe DD Crème Prodigieuse to nawilżający, koloryzujący i upiększający krem Daily Defense. Skierowany jest przede wszystkim do kobiet z wielkich miast, których cera szczególnie narażona jest na negatywny wpływ zanieczyszczeń powietrza. Jest rozwiązaniem dla tych pań, które lubią wielofunkcyjne produkty - DD Crème Prodigieuse działa nie tylko jak podkład/fluid, ale również gwarantuje nawilżenie do 8 godzin i ochronę UVA/UVB (posiada filtr SPF 30), a także otula skórę cudownym zapachem, takim samym jak kultowy olejek Nuxe Huile Prodigieuse. Bazuje na mineralnych pigmentach, a w składzie ma również takie dobroczynne substancje jak wyciąg z kwiatu nieśmiertelnika niebieskiego i witaminę E (o działaniu silnie antyoksydacyjnym), ekstrakt z orzechów shea (chroniący przed zanieczyszczeniami środowiska), roślinną glicerynę (o działaniu nawilżającym) oraz upiększający ekstrakt z białej herbaty. Dostępny jest w trzech odcieniach, które idealnie wtapiają się w cerę, więc z założenia DD Crème Prodigieuse powinien pasować każdej kobiecie. Znajdziecie go w dobrze zaopatrzonych aptekach w cenie ok. 80zł za 30ml.


DD Crème Prodigieuse ma dość gęstą konsystencję i ciężko się rozprowadza. Chyba niemożliwe jest nałożenie go w niewielkiej ilości - próbowałam i skończyło się plamami na skórze... Dobrze aplikuje się go gąbką typu "beauty blender". Wbrew pozorom naprawdę nieźle wtapia się w skórę, ale i tak uważam, że kolor przeznaczony dla jasnej karnacji jest o wiele za ciemny. Nawet dla mnie ten odcień jest zbyt mocny, a nie należę do bladziochów (Colorstay w odcieniu Buff jest dla mnie za jasny nawet zimą, gdy brak mi słońca). Na plus zaliczam jednak ładne, naturalne wykończenie, jakie zostawia na skórze - nie jest to nachalny blask a'la przetłuszczona skóra, nie jest to też płaski mat. Niestety po około godzinie moja skóra zaczyna się przetłuszczać i wtedy makijaż wymaga zmatowienia pudrem. DD Crème Prodigieuse całkiem ładnie kryje wszelkie niedoskonałości i ujednolica koloryt skóry. Przy cerze takiej jak moja z powodzeniem może zastąpić nie tylko podkład, ale i krem na dzień, bo nieźle nawilża skórę. Wrócę do niego w lecie, gdy uda mi się trochę opalić.



Drugi kosmetyk, który ostatnio mi służy to Nuxe Poudre Éclat Prodigieux czyli wielofunkcyjny puder brązujący w kompakcie. Jego zadaniem jest nadanie cerze zdrowego, promiennego wyglądu, podkreślenie opalenizny. Można stosować go na całą twarz, a nawet na dekolt, jednak ja ograniczyłam się do aplikowania go pod kości policzkowe. Muszę przyznać, że ten kosmetyk ma niesamowite wykończenie - z pozoru matowy zyskuje delikatny blask, kiedy tylko rozetrze się go na skórze. Nie jest to nachalny, brokatowy efekt: kosmetyk nie ma żadnych widocznych gołym okiem drobinek. Blask jest bardzo subtelny, może dzięki zawartości czegoś, co producent określa jako mikronizowane drobiny perłowe. Poza tym brązer naprawdę chroni skórę dzięki zawartości witaminy E, ceramidów i naturalnego bisabololu. Wydajność tego produktu to kolejny jego plus. Ja jestem w nim zakochana - odcień idealnie pasuje do tonacji mojej cery, a na naturalnej opaleniźnie będzie wyglądał pewnie jeszcze lepiej. Kosztuje około 100zł za 25g i dostępny jest w aptekach.




Poniżej widzicie makijaż wykonany przy pomocy obu kosmetyków. Chciałam, by imitował moją naturalną opaleniznę i przenosił mnie w czasie do ciepłych letnich dni.

Saute

DD Crème Prodigieuse solo

Pełny makijaż: Nuxe DD Crème Prodigieuse na całej twarzy i Nuxe Poudre Éclat Prodigieux pod kości policzkowe. Zarówno na tym jak i na powyższym zdjęciu NIE użyłam pudru matującego.

Marka Nuxe kojarzona jest głównie z kosmetykami pielęgnacyjnymi. Może jednak znacie również ich kosmetyki kolorowe?
Co sądzicie o duecie pokazanym w dzisiejszej notce?




Czas na ostatnią, najdłuższą część serii The best of 2013: makijaż.

Naprawdę trudno mi było zdecydować się, które kosmetyki do makijażu zasługują na miano najlepszych, a które nie. Czy wybrać te produkty, których używałam prawie codziennie, czy może te, które wyciągałam z kosmetyczki od święta?
Postawiłam na misz-masz i oto jest - lista moich ulubionych kosmetyków do makijażu w 2013 roku.










THE BEST OF THE BEST
czyli najlepsza firma kosmetyczna
BENEFIT


W tym roku Benefit królował w mojej kosmetyczce. Uwielbiam właściwie każdy posiadany kosmetyk tej marki. Są to kosmetyki, które idealnie nadają się zarówno do codziennego jak i wieczorowego makijażu. Sprawiają, że makijaż wygląda bardzo delikatnie i naturalnie, ledwo widocznie poprawiają urodę (wyjątek stanowi jedynie maskara, która daje naprawdę mega wyrazisty efekt, ale - jak przystało na Benefit - jest to efekt naturalny, rzęsy nie wydają się oblepione tuszem, nie ma grudek, "owadzich nóżek" czy posklejania).






Under 20

Fluid matujący 02 Natural Matt


Stosuję go już od dawna, kupiłam chyba 3 lub 4 opakowania. Nie jest idealny, ale najlepszy jaki znam i chyba najlepszy w tej kategorii cenowej. Wygląda dobrze na mojej cerze nawet po kilku godzinach (choć oczywiście wymaga dodatkowego matowienia co jakiś czas, zależnie od temperatury otoczenia :P).





GUERLAIN - TERRACOTTA
Nawilżający puder brązujący 07


Powiecie pewnie: "jeju, jaki ciemny, jaki pomarańczowy!". Dla mnie kolor jest odpowiedni - stosuję go pod kości policzkowe, ale nie stricte do modelowania twarzy. Uzyskuję efekt podkreślonych kości policzkowych (których i tak na mojej pucołowatej buzi nie widać :P) i ocieplenia cery. Kiedy sięgam po Terracottę, nie używam już różu, by nie przedobrzyć. 


Odkąd dostałam go od Ani (we wrześniu 2012 roku) używam go prawie codziennie. Jak widzicie- zużycie jest niewielkie, jeszcze widać tłoczenie. Tak więc Terracotta jest mega wydajna - może do najtańszych nie należy, ale taka puderniczka to inwestycja na lata.


Na swatchu Terracotta w dwóch wersjach: nałożony obficie i roztarty. Jak widać - jeśli nałożymy go lekkim pędzlem i rozetrzemy, efekt wcale nie będzie taki tragiczny, jakby mógł na to wskazywać kolor pudru w opakowaniu, choć oczywiście dla posiadaczek chłodnej tonacji skóry nie będzie odpowiedni.






MIYO - GLAM eyes
Kreskówka no 07 Greenish Blue



Jest to mój ukochany eyeliner, zwłaszcza na sezon wiosenno-letni. Może nie jest w 100% dobrze napigmentowany, ale ma idealny dla mnie, długi pędzelek jako aplikator i przede wszystkim obłędny kolor, który (wydaje mi się) pasuje do mojej tęczówki. Kosztuje niewiele, jednak niestety nie mogę go znaleźć w żadnej drogerii :( Gdyby ktoś z Was kiedyś go znalazł, proszę o informację, gdzie mogę go szukać (w drogeriach Jaśmin mają eyelinery Miyo, ale tylko czarne i brokatowe) :(






M.A.C
Lipstick - A72 Half 'n Half

Eveline
Super long lasting lip liquid tint 118


Dwie zupełnie różne pomadki - inne kolory, inne formuły, inne półki cenowe. Dwie naprawdę fajne pomadki!

M.A.C sprawił, że przekonałam się jakimś cudem do kolorowych kryjących szminek (do tej pory byłam wierna wyłącznie błyszczykom). Oczarował mnie kremową formułą, łatwością aplikacji, cudownym waniliowym zapachem. Kolor Half 'n Half bardzo dobrze komponował się z moją karnacją i innymi ulubionymi kosmetykami, które stosowałam do codziennego makijażu.


Eveline to tint, który zaraz po aplikacji wygląda jak cukierkowy róż. Na ustach sprawia wrażenie nawet bardziej kryjącego niż na swatchu. Długo utrzymuje się na ustach, jeśli nic nie jemy i nie pijemy, ale nawet, jeśli ją sobie zetrzemy, różowy pigment wgryza się w usta (jakkolwiek to brzmi :P) i pozostawia na nich głębszy, ciemniejszy, bardziej fuksjowy odcień, który utrzymuje się nawet przez parę godzin. Dzięki temu tint z Eveline był moim wakacyjnym hitem.






KIKO 
Long lasting wet & dry use eyeshadow 227


Jest to chyba jeden z najpiękniejszych cieni w mojej kolekcji, a kupiłam go totalnie spontanicznie. Na zdjęciach wygląda na całkiem srebrny, na żywo sprawia wrażenie bardziej beżowego z różowym blaskiem. Niejednoznaczny, oryginalny, dający przepiękny efekt na powiece. Pasuje do większości makijaży, bo ładnie łączy się zarówno z ciepłymi jak i chłodnymi odcieniami. Ma świetne wykończenie - niby metaliczne, tworzy na powiece intensywnie lśniącą taflę. Nakładany na mokro zamienia się w "farbkę" o silnej pigmentacji i bardzo dobrej trwałości. Jedyna jego wada przy aplikacji na mokro to trudności w blendowaniu. Zawsze po rozblendowaniu ciemniejszych kolorów nakładam go raz jeszcze.






LUMENE
Eyeshadow primer


Nie wyobrażam sobie nawet najprostszego makijażu oka bez tej bazy. Wydobywa kolor cienia nie zmieniając go, znacznie przedłuża trwałość makijażu nawet przy tłustej powiece. Dzięki temu, że pakowana jest w tubkę, można zużyć ją do samego końca (poprzednia moja baza była w słoiczku i niestety wyschła, zanim zdążyłam zużyć połowę). Jest bardzo wydajna.





INGLOT
Bibułki matujące


Dla mnie są po prostu najlepsze. Żadne z bibułek, które miałam do tej pory, nie radziły sobie z sebum tak skutecznie, pozostawiając przy tym makijaż bez szwanku. Bibułki Inglot naprawdę pochłaniają sebum, są wydajne - podczas upalnego dnia wystarczy mi jedna bibułka Inglot, by zmatowić całą twarz, podczas gdy w takich samych warunkach musiałabym zużyć ze 3 bibułki Wibo. Do inglotowych bibułek mam zaufanie, wiem, że nie zawiodą mnie nawet podczas tropikalnych upałów. Uważam, że zawsze warto mieć je w torebce.






SIGMA

Travel Kit - Make Me Cool
F10 - Powder/Blush - Copper
F40 - Large Angled Contour
F70 - Concealer




W kategorii pędzli ilościowo wygrywa Sigma - dostałam od nich trzy pędzle pojedyncze i jeden zestaw podróżny. W większości pędzle sprawdzają się dobrze, niektóre nawet świetnie. Na plus zasługuje też wygodny futerał do transportu pędzli w wersji Travel. Wypróbowałam go w podróży, spisał się bez zarzutu.
Pędzle Sigma trafiają do odkryć 2013 głównie ze względu na to, że są to moje pierwsze pędzle z wyżej półki - do tej pory bazowałam na Essence i mini-zestawie EcoTools, dlatego możecie się domyślić, że wymiana starego zestawu na Sigmę była jak wymiana Malucha na Mercedesa ;)









MAESTRO
Pędzel do cieniowania i rozcierania cieni 497



Jest to mój ulubiony pędzel do blendowania cieni. Wykonano go z bardzo delikatnego, miękkiego włosa naturalnego, dzięki czemu pędzel idealnie sprawdza się, gdy chcemy rozetrzeć granice dwóch kolorów na powiece, jednocześnie nie ścierając za dużo cienia, nie wytracając intensywności koloru. Choć mam dwa inne pędzle do blendowania, najczęściej używam właśnie Maestro. Ubolewam tylko nad faktem, że jest taki długi i nie mieści się do tuby z Travel Kit Sigmy, przez co nie mogę zabierać go na wyjazdy.





Uffff, serię ulubieńców AD 2013 uważam za zakończoną :) Nie sądziłam, że aż tyle tego będzie! To chyba był dobry rok, skoro polubiłam aż tyle kosmetyków ;)
Napiszcie, czy znacie któryś z opisanych dzisiaj przeze mnie produktów, a może któryś jest na Waszej wishliście?
Podzielcie się też własnymi makijażowymi odkryciami 2013 roku :)

Pozdrawiam!


P.S. Załączam linki do pozostałych części THE BEST OF 2013:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...