Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1. Pokaż wszystkie posty
Witam Was w to ponure, zimowo-wiosenne popołudnie. Nie wiem jak Wy, ale ja mam już serdecznie dość tej szarości za oknem. Nie lubię śniegu, nie lubię zimna, ale to wszystko to nic w porównaniu z tym, że po prostu brak mi słońca... Niebawem postaram się napisać o moich sposobach radzenia sobie z tym pozimowym osłabieniem i zniechęceniem, ale dziś pozwolę sobie trochę ponarzekać.
A będę narzekać na Yes to Cucumbers Soothing eye gel.


Dostałam go w zestawie kosmetyków Yes to Cucumbers już ładnych kilka(naście :P) miesięcy temu od Karoliny z bloga Craving for Beauty. I o ile w chusteczkach do demakijażu z tej serii totalnie się zakochałam, krem nawilżający był niezły, to żel pod oczy jest moim zdaniem totalną katastrofą... Ale po kolei:

Opakowanie: na plus – plastikowe opakowanie typu air-less, etykieta naklejona w ten sposób, by widać byÅ‚o, ile kosmetyku jest w Å›rodku. Praktyczne, wygodne, higieniczne.


Stosowanie:
- Konsystencja – żelowa, ale jakaÅ› dziwna... jeÅ›li naÅ‚ożymy za maÅ‚o, żel wchÅ‚onie siÄ™, nim zdążę go dobrze rozprowadzić, a jeÅ›li za dużo- nie wchÅ‚onie siÄ™ w ogóle...
+ Zapach – żel pachnie bardzo delikatnie, takim Å›wieżym ogórkiem
+ Wydajność – na zÅ‚ość, jak najbardziej na plus :P
- WchÅ‚anianie – albo wchÅ‚ania siÄ™ za szybko, ale w ogóle...


Efekty:
     ZacznÄ™ od tego, że ten żel nie robi z mojÄ… skórÄ… pod oczami i na powiekach totalnie nic. Nie czujÄ™ żadnego nawilżenia (wrÄ™cz przeciwnie- po aplikacji żelu zaczynam odczuwać nieprzyjemne napiÄ™cie skóry w tych miejscach, gdzie naÅ‚ożyÅ‚am wczeÅ›niej żel), nie zauważyÅ‚am żadnej redukcji opuchlizny ani zasinieÅ„, choć moje pseudo-siÅ„ce pod oczami to pikuÅ› i wÅ‚aÅ›ciwie bardzo Å‚atwo je zlikwidować.
     Poza tym żel mnie podrażnia- bardzo piecze w powieki po aplikacji. A jeÅ›li (odpukać!) dostanie mi siÄ™ do oka, mam przechlapane- trzeba oko przemywać wodÄ… i modlić siÄ™, by sÄ…siedzi nie usÅ‚yszeli moich niecenzuralnych epitetów pod adresem tego żelu.
     WisienkÄ… na torcie jest fakt, że żel zupeÅ‚nie nie nadaje siÄ™ na dzieÅ„ pod makijaż – strasznie siÄ™ roluje, psujÄ…c caÅ‚y makijaż. Tworzy na skórze takÄ… warstwÄ™ jak maska peel-off i za nic nie chce siÄ™ wchÅ‚onąć do koÅ„ca, pozostawia lepki, nieprzyjemny film.


Skład: Skład jest bardzo pozytywny, przeanalizowany na cosdna.com był calutki zielony (to znaczy, że aplikacja nie wykazała substancji potencjalnie szkodliwych, komedogennych, podrażniających). Producent chwali się na opakowaniu faktem, że w żelu znajdziemy aż 99% naturalnych składników. W tej kwestii nie mam nic do zarzucenia.

INCI: Aqua, Glycerin, Sorbitol, Hydroxyethylcellulose, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum, Citric Acid, Cucumis Sativus Extract, Spinacia Oleracea Extract, Maris Limus Extract, Camellia Sinensis Leaf Extract, Chamomilla Recutita Flower Extract, Peucedanum Graveolens Extract, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Maris Aqua, Brassica Oleracea Italica Extract.


Dostępność: drogerie Sephora

Cena: 99zł za 30ml (można kupić dużo taniej, często są promocje)

Ocena: 1+/6 (Jak dla mnie- porażka na całej linii. Nie robi nic poza podrażnianiem oczu i przeszkadzaniem w makijażu. Nie chce wysychać, pozostawia lepką warstwę, roluje się. I jak na złość jest bardzo wydajny :P Wysoką cenę tłumaczy naturalny skład. Opakowanie wygodne. U mnie jednak zupełnie się nie sprawdził, więc nie mogę go Wam polecić.)




Znacie kosmetyki Yes to...?
Ja bardzo polubiłam chusteczki do demakijażu z serii ogórkowej oraz odżywkę do włosów z serii z pomidorami. O chusteczkach możecie poczytać TUTAJ, natomiast recenzja odżywki pojawi się za kilka- kilkanaście dni.

Przesyłam Wam trochę pozytywnej energii! :*
(a Wy w zamian trzymajcie za mnie jutro kciuki- mam kolokwium ze statystyki, buuuu...)
Dziś zapraszam Was na recenzję gościnną przygotowaną przez moją młodszą siostrę Asię.

Pewnego dnia Asia powiedziaÅ‚a mi: „Musisz poużywać trochÄ™ ten podkÅ‚ad i napisać o nim recenzjÄ™, żeby ostrzec ludzi przed tym bublem!”.
Użyłam go raz i stwierdziłam, że już więcej nie mogę. Dlatego doszłam do wniosku, że lepiej będzie, jeśli o Rimmel Stay Matte nr 100 Ivory opowie Wam sama Asia, która miała odwagę użyć go więcej razy, dlatego oddaję 'głos' Asi:


Cześć,
mam na imię Asia, parę miesięcy temu skończyłam 18 lat.
MojÄ… cerÄ™ okreÅ›liÅ‚abym jako mieszanÄ… – w strefie T, gdzie Å‚atwo siÄ™ przetÅ‚uszcza, tworzÄ… siÄ™ niedoskonaÅ‚oÅ›ci. JednoczeÅ›nie moja cera wymaga intensywnego nawilżania.
Mam jasną karnację, dlatego czasem ciężko znaleźć mi odpowiednio jasny podkład, który nie zawierałby zbyt dużo żółtego pigmentu.
Od podkładu oczekuję średniego krycia (i tak używam korektora pod oczy i na niedoskonałości), lekkości, by dobrze stapiał się ze skórą, matowił cerę przez co najmniej 8h (oczywiście oprószony pudrem) i by makijaż nie wymagał poprawek w ciągu dnia.

Podkład Rimmel Stay Matte kupiłam jeszcze w lecie, skuszona promocją w Rossmanie. Potrzebowałam matującego podkładu, ale nie znałam opinii na temat Stay Matte. Pomyślałam jednak, że za 20zł można zaryzykować. Próbując go w sklepie zauważyłam, że fajnie stapia się ze skórą, dzięki czemu uzyskałabym bardzo naturalny efekt, który cenię w makijażu. Wybrałam oczywiście najjaśniejszy odcień- nr 100 Ivory.


Opakowanie: plastikowa miękka tubka. Niestety nieprzezroczysta, więc nie widać, ile podkładu w niej jest. Poza tym ciężko dozować ten podkład. Zdecydowanie bardziej wolę opakowania typu air-less.


Użytkowanie i efekty:
- Aplikacja – rozprowadza siÄ™ ciężko- smuży, tworzy plamy. Trzeba być bardzo uważnym przy aplikacji. NakÅ‚adaÅ‚am go palcami. KiedyÅ› wypróbowaÅ‚am aplikacjÄ™ pÄ™dzlem, jednak efekt byÅ‚ opÅ‚akany.

- Konsystencja – podkÅ‚ad jest rzadki, ale zbyt szybko wysycha na twarzy, przez co trzeba siÄ™ spieszyć w aplikacji, by nie zaczęły powstawać plamy i smugi.

- Matowienie – dosÅ‚ownie po 2 minutach od naÅ‚ożenia, moja twarz zaczyna siÄ™ Å›wiecić bardziej niż bez podkÅ‚adu. PróbowaÅ‚am stosować ten podkÅ‚ad na różne kremy, a nawet bez kremu, jednak efekt byÅ‚ zawsze tak samo beznadziejny. TestowaÅ‚am ten podkÅ‚ad również we współpracy z kilkoma pudrami matujÄ…cymi, ale za każdym razem efekty byÅ‚y tak samo straszne.

- Kolor – poczÄ…tkowo kolor wydaje siÄ™ być idealny dla mojej cery- jasny, z przewagÄ… różowego pigmentu. Niestety po kilku minutach podkÅ‚ad utlenia siÄ™ i mocno ciemnieje. Staje siÄ™ wrÄ™cz pomaraÅ„czowy.

Zdjęcie wyszło nieostre, ale jako jedyne dobrze pokazuje różnicę koloru- na górze macie Stay Matte nałożony parę minut wcześniej, a na dole- ten sam Stay Matte dopiero wyciśnięty z tubki. Zarówno na górze jak i na dole to ten samo odcień!

- Krycie – nie wymagaÅ‚am mocnego krycia, ale ten podkÅ‚ad nie kryje w ogóle.

- PodkreÅ›la suche skórki i wszelkie niedoskonaÅ‚oÅ›ci, co jest wrÄ™cz absurdalne – podkÅ‚ad matujÄ…cy ma być przecież dla cery tÅ‚ustej, a skoro jest tÅ‚usta, to bardzo prawdopodobne, że sÄ… na niej niedoskonaÅ‚oÅ›ci. PodkÅ‚ad powinien je zakrywać, a nie podkreÅ›lać.

- TrwaÅ‚ość – podkÅ‚ad jest nietrwaÅ‚y, w dodatku Å›ciera siÄ™ nierównomiernie, tworzÄ…c plamy na twarzy. Wytrzymuje maksymalnie 3 godziny.

+ Zapach – podkÅ‚ad jest bezzapachowy, co oceniam na plus.

- WpÅ‚yw na cerÄ™ – podkÅ‚ad nie wysusza skóry, nie podrażniÅ‚ mnie, ale za to okropnie zapychaÅ‚ pory.


Skład: bez rewelacji, sporo glikoli, naturalne ekstrakty dopiero na szarym końcu. Na plus zaliczam fakt, że nie zawiera silikonów, talku, parabenów i substancji zapachowych.

INCI: Aqua, Dicaprylyl Ether, Propylene Glycol Dicaprylate/Dicaprate, Butylene Glycol, Mica, Cetearyl Alcohol, Isostearic Acid, Aluminum Starch Octenylsuccinate, Octyldodecyl Stearoyl Stearate, Polysorbate 60, Polymethyl Methacrylate, Cetyl Alcohol, Stearic Acid, Magnesium Aluminum Silicate, Acrylates/C12-22 Alkyl Methacrylate Copolymer, Phenoxyethanol, Triethanolamine, Galactoarabinan, Kaolin, Xanthan Gum, Salicylid Acid, Caprylyl Glycol, Penthylene Glycol, Zinc Oxide, Sodium PCA, Disodium EDTA, Sorbic Acid, Gossypium Herbaceum (Cotton) Powder, Propylene Glycol, Cucumis Sativus (Cucumber) Fruit Extract, Chamomilla Recutita (Matricaria) Flower/Leaf Extract, Leuconostoc/Radish Root Ferment Filtrate. (Może zawierać: Titanium Dioxide Cl77891, Iron Oxides Cl77491, Cl77492, Cl77499).


Dostępność: większe i mniejsze drogerie

Cena: 23zł za 30ml

Ocena: 1+/6 (Staram się unikać słowa bubel, poza tym niewiele kosmetyków zasługuje moim zdaniem na to określenie. Rimmel Stay Matte jest niestety wyjątkiem. Jego działanie to totalne przeciwieństwo tego, co obiecuje producent i czego ja oczekiwałam od tego podkładu. Plus jedynie za niską cenę, łatwą dostępność i pewne zalety składu.)

Mam nadzieję, że moją recenzją odwiodłam śmiałków, którzy rozważali zakup Stay Matte, od sięgania po niego na sklepowej półce i wyrzucenia tym samym 20zł w błoto.

Pozdrawiam, Asia



Witajcie kochani!
Notkę przygotowałam, by opublikować ją wczoraj, cobyście Wy nie nudzili się, podczas kiedy ja będę na Kongresie i Targach, ale oczywiście przez sklerozę zapomniałam rozkazać jej, żeby się sama opublikowała, kiedy mnie nie będzie -,-
Ale nic straconego- poczytacie sobie dzisiaj :)

Wiem, że być może znudziły Wam się już moje krytyczne recenzje, ale cóż- ostatnio mam pecha i trafiam na sporą ilość kosmetycznych bubli :(
Tym razem za bubla uznałam Cukrowy peeling do ciała antycellulit z serii Pomarańczowa Skórka od Bielendy. Dlaczego nie przypadł mi do gustu?


Opakowanie: dość duży plastikowy słoik z zakrętką, zabezpieczony dodatkowo srebrną folią pod nakrętką. Praktyczny i w miarę wygodny, jednak niestety mało higieniczny- podczas aplikacji peelingu miałam mokre dłonie i za każdym razem nakapałam trochę wody do środka...


Użytkowanie:
+/- Wydajność - peeling wystarczył mi na 5-6 użyć- może nie jest to jakiś super wynik, ale dla mnie ten czas ciągnął się wieczność...
- Zapach - nie wiem dlaczego, ale spodziewałam się, że peeling będzie pachniał pomarańczowo. Niestety- ani grama pomarańczy w tym aromacie! Peeling pachnie słodko, dość intensywnie i sztucznie... Zapach przypomina mi takie mini muffinki, które jadłam, gdy byłam mała - Magdalenki. I choć jest to miłe skojarzenie, zapach oceniam na minus.
+ Konsystencja - gęsta, zbita, typowa dla peelingów cukrowych
- Drobinki peelingujące - wielkości kryształka cukru, jest ich sporo, jednak nie są wystarczająco ostre i niestety bardzo szybko się rozpuszczają na mokrej skórze- trzeba trochę odczekać, by skóra podeschła, ale co to za przyjemność stać pod prysznicem i czekać...


Efekty:
Peeling raczej masował niż rzeczywiście peelingował. Nie jestem zwolenniczką ostrych, gruboziarnistych ścieraczy, które dają efekt podobny do papieru ściernego, ale Bielenda Pomarańczowa Skórka jest po prostu za słaba :/ Drobinki szybko się rozpuszczają, pozostawiając na skórze tłustą warstwekę. I nie miałabym w tej kwestii nic do zarzucenia, gdyby nie fakt, że za ten efekt natłuszczenia odpowiada znienawidzona przeze mnie parafina! Po użyciu tego peelingu miałam dwa wyjścia- albo zostawić na skórze tą parafinową warstwę i czekać, aż skóra się zapcha (krosty potrafią się zrobić nawet na moich naturalnie suchych łydkach!) lub zmyć z siebie parafinę przy pomocy żelu pod prysznic, co nie bardzo ma sens- najpierw żel, potem peeling, potem znowu żel?
W czasie używania peelingu nie zauważyłam u siebie ujędrnienia, zmniejszenia cellulitu czy wyszczuplenia.


Skład: Parafina i petrolatum skutecznie zniechęcają mnie do tego żelu. Plus jedynie za ekstrakt z garcinia cambogia. Za olejki (z pestek grapefruita i pomarańczy) nie przyznaję plusa, bo są pod koniec składu. I mały plus za brak parabenów.

INCI: Paraffinum Liquidum (Mineral Oil), Sucrose, Sodium Chloride, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Petrolatum, Silica, Garcinia Cambogia Fruit Extract, Saccharum Officinarum (Sugar Cane), Tocopherol, Squalene, Ascorbyl Palmitate, Beta-Sitosterol, Parfum, Citrus Grandis (Grapefruit) Peel Oil, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Oil, Limonene, Cl 26100 (D&C Red No. 17), Cl 47000 (D&C Yellow 11).


Dostępność: większe i mniejsze drogerie
Cena: ok. 15zł za 200g

Ocena: 1+/6 (Jak dla mnie bubel! Zero działania ujędrniającego czy antycellulitowego, znienawidzona przeze mnie parafina, chemiczny zapach... Nie odczuwałam żadnej przyjemności z jego stosowania. A obietnicę producenta o tym, że po użyciu tego peelingu nasza skóra zacznie "oddychać", możemy sobie w buty wsadzić- raczej się udusi pod warstwą parafiny).





Lubicie peelingi cukrowe czy też wolicie inne drobinki ścierające w peelingach? Ja chyba za cukrem nie przepadam... Tym bardziej, jeśli zatopiony jest on głównie w substancjach z przerobu ropy naftowej...

Miłej niedzieli!
Jutro oczekujcie relacji z Targów i Kongresu.


Kosmetyk otrzymałam podczas spotkania blogerek, jednak fakt otrzymania go za darmo nie wpłynął na jego ocenę.
Dziękuję firmie Bielenda za przekazanie kosmetyku do testów.


Kochani!

Dzisiejszego posta zacznę od końca, a więc od krótkiej informacji na temat mojej współpracy (a raczej jej przerwania) z firmą BingoSpa. Postanowiłam w tym kwartale nie kontynuować tej współpracy. Dlaczego? Współpraca w poprzednim kwartale przebiegała sympatycznie, nie miałam żadnych zastrzeżeń do firmy i osób, które w jej imieniu kontaktowały się ze mną. Teraz jednak otrzymałam informacje, że do programu współpracy zgłosiło się ponad 200 blogerek, a do wyboru do testów w ramach współpracy było... 5 produktów. Uznałam, że to bez sensu- znowu wszędzie będą te same recenzje, czytelnicy będą znudzeni. Mam też teraz sporo innych kosmetyków, które chciałabym Wam pokazać, a jednocześnie nie chcę zanudzić Was śmiertelnie "suchymi" recenzjami. Dlatego grzecznie podziękowałam. Co nie zmienia jednak mojej pozytywnej opinii o samej firmie jak i ich kosmetykach (bo większość stosowanych przeze mnie kosmetyków BingoSpa sprawdziło się u mnie nieźle).

Dziś czas na drugą recenzję w ramach akcji maseczkowej. Pierwszy post, zawierający wszystkie ważne informacje, zasady TAGu: Październik miesiącem maseczek, znajdziecie TUTAJ.

Po kliknięciu w banner przeniesie Was na bloga organizatorki akcji- Maliny.

Opowiem Wam dziś o masce przywiezionej z Włoch- Essence My Skin Deeply Moisturizing Paper Mask. Czy warto było rezerwować dla niej miejsce w bagażu?


Opakowanie: Płat maseczki zamknięty jest w dość sporej foliowej saszetce. Opakowanie przyciąga wzrok kolorową grafiką. Jest wygodne- przed aplikacją maski bez problemu otworzyłam go nawet bez nożyczek.


Użytkowanie:
+ Forma - maska jest w formie płatu nasączonego serum. Ja osobiście uwielbiam tego typu maski- nie muszę martwić się zmywaniem, babraniem paluchów w masce itp, ale...
- Wykonanie płatu - płat w tej masce jest po prostu okropny! W ogóle nie dopasowuje się do twarzy- na czole jeszcze było ok, ale na policzkach strasznie się marszczył, a na brodzie i nosie odstawał... Chyba z 10 minut spędziłam przed lustrem, próbując go dopasować.Co najgorsze- otwory na oczy są tylko nacięte, a nie wycięte, więc te "klapki" z oczu musimy albo odciąć- babrając się w mocno namoczonej serum masce, albo zostawić, co nie jest zbyt wygodne, bo maska wtedy nie przylega pod oczami tak jak powinna. Grrrr!
+ Nasączenie - maska nasączona jest dość gęstym, tłustawo-lepkim w dotyku serum. Moim zdaniem poziom nasączenia jest odpowiedni- nie kapie, ale też przez cały czas aplikacji nie wysycha.
- Zapach - spodziewałam się ogórka, a tu co? Sama chemia w saszetce!
+ Czas aplikacji - 10-15 minut, czyli nie za długo i nie za krótko

Niestety aplikacja maski nie wyglądała tak pięknie jak na powyższej grafice...

Jak widać- na policzkach maska mocno się marszczy, na brodzie i nosie odstaje.

Efekty:
- W czasie aplikacji - zazwyczaj kiedy nakładam maski w formie płatu, moja skóra się relaksuje, odprężają się mięśnie mimiczne- tym razem jednak było inaczej- czułam nieprzyjemne napięcie skóry i pieczenie.
- Nawilżanie - właściwie po aplikacji nie jesteśmy w stanie ocenić, czy nasza skóra jest gładsza i nawilżona. Dlaczego? Bo pokrywa ją lepki i tłusty film! Helloł, nawilżenie to coś innego niż natłuszczenie, a producent chyba o tym zapomniał...
+/- Podrażnienie - po zdjęciu maski moim oczom ukazała się dość mocno zaczerwieniona skóra... Na szczęście podrażnienie ustąpiło po kilkunastu minutach. Maska nie spowodowała zapchania skóry.


Skład: Zadziwiająco sympatyczny! Producent zachował się aż za skromnie, informując na opakowaniu jedynie o ogórku- bo w składzie mamy inne specyfiki- nawet ekstrakt z ziaren baobabu. Na zielono zaznaczyłam Wam ekstrakty roślinne i kwas hialuronowy- sporo tego i to bardzo wysoko w składzie! Substancje zapachowe na samym końcu- to się chwali. Niestety dwa parabeny, ale na pocieszenie- również na końcu. Nie ma parafiny czy oleju mineralnego, ale jest za to silikon i trójglicerydy.

INCI: Aqua, Butylene Glycol, Glycerin, Betaine, Portulaca Oleracea Extract (portulaka pospolita), Passiflora Edulis Fruit Extract (marakuja), Citrus Tangerina (Tangerine) Extract (mandarynka), Rubus Ideaus (Raspberry) Fruit Extract (malina), Adansonia Digitata Seed Extract (baobab), Cucumis Sativus (Cucumber) Fruit Extract (ogórek), Caprylyl/Capryl Glucoside, Propylene Glycol, Rosa Canina Fruit Oil (dzika róża), Caprylic/Capric Trigliceride, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil (słodkie migdały), Cyclopenthasiloxane, Dipotassium Glycyrrhizate, Sodium Hyaluronate (kwas hialuronowy), Sodium Ascorbyl Phosphate, Glyceryl Acrylate/Acrylic Acid Copolymer, PVM/MA Copolymer, Disodium EDTA, Carbomer, Dehydroxanthan Gum, Sodium Hydroxide, Phenoxyethanol, Methylparaben, Propylparaben, Parfum, Benzyl Salicylate, Hexyl Cinnamal.


Dostępność: w Polsce te maski chyba nie są dostępne. Ja mój egzemplarz kupiłam we Włoszech.
Cena: 1,49 za sztukÄ™


Ocena: 1+/6 (Maska ląduje wśród bubli pomimo fajnego składu, bo niestety w innych aspektach się nie sprawdziła- pozostawiała lepką, tłustą warstwę na twarzy, lekko podrażniała, okropnie pachniała. Po zmyciu tłustej warstwy skóra niestety nie jest "dogłębnie nawilżona", jak obiecywał producent. Dodam jeszcze, że taką samą maskę przywiozłam dla siostry i ona miała na jej temat dokładnie takie samo zdanie jak ja.)

Podsumowując- maska tylko niepotrzebnie zajmowała mi miejsce w bagażu- dobrze chociaż, że nie jest duża i ciężka. Nie musicie żałować, że nie ma jej w Polsce- no chyba, że lubicie mieć na twarzy substancję przypominającą lep na muchy.

Tutaj możecie zobaczyć te "klapki", na które narzekałam powyżej. Ja zdecydowałam się ich nie odcinać, bo akurat nie miałam pod ręką nożyczek, a nie chciałam ich szukać, by maska nie zaczęła wysychać. Przez to maska gorzej przylegała pod oczami. Moim zdaniem producent powinien zadbać o to, by takie "klapki" zostały odcięte, a nie tylko nacięte!


Jak Wam idzie październikowe maseczkowanie?


P.S. A oto mój i Wasz ulubieniec, którego powinniście pamiętać z posta o psiej pielęgnacji (TUTAJ). Oto, co Olis wyczyniał na mojej poduszce, podczas kiedy ja się maseczkowałam:


Mam już wyniki badań na bakterie i pasożyty. Okazało się, że Olis ma bakterię z rodziny gronkowców. Dostał już od weterynarza antybiotyki wewnętrznie i zewnętrznie (do przemywania strupów), więc mam nadzieję na szybki powrót mojego pupila do zdrowia :)
Pamiętacie (pewnie nie, głupie pytanie :P) moją notkę, w której pisałam, że pół miasta schodziłam na piechotę, zanim znalazłam preparat do usuwania skórek przy paznokciach? (Jeśli nie pamiętacie, odsyłam TUTAJ- do notki z 2 lutego 2012). Kupiłam wtedy żel Afrodyty - poleciła mi go pani w specjalistycznym sklepie kosmetycznym. Miał być "wydajny, skuteczny i lubiany przez wszystkie panie, które go stosują". Poprzeczka zawieszona wysoko. Jak z tą presją poradził sobie Żel Preparat do usuwania skórek wokół paznokci Aroma Żel Kozmetika Afrodita?


Opakowanie: Żel zamknięty jest w plastikowej buteleczce z aplikatorem- dość niewygodnym, niestety. Nie mamy możliwości precyzyjnego nałożenia żelu na skórkę- kosmetyk rozlewa się na pół paznokcia... Butelka zamknięta jest w kartoniku. Do żelu dołączony jest patyczek, którym można usunąć skórki po aplikacji żelu.


Użytkowanie: Żel jest przezroczysty, dość wodnisty (spływa z paznokci), nie ma żadnego zapachu.
Według zaleceń na opakowaniu- należy nanieść go na skórki na około 2 minuty, następnie odsunąć skórki z paznokcia przy pomocy dołączonego patyczka, a na koniec umyć i wyszczotkować ręce. Aplikacja prosta, ale nie bezproblemowa- żel spływa, nie da się go precyzyjnie zaaplikować.
Jest bardzo wydajny- tu akurat sprzedawczyni miała rację.


Tutaj wyraźnie widać, jak wzorowo upaprałam sobie pół palca...

Efekty: Co się dzieje z naszymi skórkami po 2 minutach? Rzeczywiście stają się bardziej miękkie, jednak nie jest to jeszcze stan, który pozwoliłby na bezproblemowe odsunięcie ich z paznokcia. Nie radziłabym jednak trzymać preparatu ani sekundy dłużej. Dlaczego? Bo żel bardzo szybko zaczyna oddziaływać na paznokcie- zmiękcza je do tego stopnia, że odsuwając skórki możemy też odsunąć sobie warstwę paznokcia... Paznokcie stają się tak miękkie, że przesuwając po nich patyczkiem nie mamy pewności, czy to miękkie skórki, czy wierzchnia warstwa paznokcia. Możecie sobie wyobrazić, jak zachowują się paznokcie, kiedy już przy samych skórkach naraża się je na działanie tak silnych środków chemicznych.

Skład: na pierwszy rzut oka nie wygląda źle... Nieciekawie robi się dopiero pod koniec:
- woda
- regulator pH
- gliceryna (nawilżacz, jupi!)
- substancja zwiększająca lepkość (coś jak cukier żelujący :P)
- styren (fenyloetylen) - kiedy poczyta się o jego działaniu na Wikipedii, można osiwieć... Jest podejrzewany o działanie rakotwórcze, wdychanie jego oparów może uszkadzać układ nerwowy, przenika też przez skórę. Coś strasznego! Wiem, że te skutki uboczne ujawniają się pewnie przy wyższych stężeniach sytrenu, ja jednak wolę nie mieć nic wspólnego nawet z małą porcją substancji, która może mieć działanie rakotwórcze.
- substancja zwiększająca lepkość i nawilżenie


Dostępność: tragiczna- znalezienie go w Internecie to mission impossible. Ja kupiłam go w specjalistycznym sklepie kosmetycznym w Krakowie przy ul. św. Gertrudy
Cena: 27zł za 50ml

Ocena: 1/6 (Jednym słowem- bubel jakich mało. Działanie niespecjalne, skład okropny (do tej pory mi ciarki po plecach chodzą na myśl o styrenie), aplikator beznadziejny, dostępność tragiczna. Jedyny mały plus za wydajność. Nie polecam nikomu tego cudacznego kosmetyku- jedyne co może nam zapewnić to zniszczenie płytki paznokcia).






Nie wiem, skąd pomysł na nazwę żel Afrodyty. Boskich paznokci ten preparat na pewno nam nie zapewni.

Pochwalcie się, co Wy stosujecie do skórek? Może jakaś oliwka?
Szukam czegoś naprawdę skutecznego, ale nie niszczącego paznokci (moje pazury są już wystarczająco zniszczone przez Afrodytę...)- będę wdzięczna za polecenie mi Waszych ulubionych kosmetyków do skórek :)
... o preferencjach kosmetycznych również. Dlatego bardzo proszę o to, by fanki oleju Amla nie kamienowały mnie za to, co zaraz napiszę :P

Wiem, że Amla ma całe mnóstwo zwolenniczek- naczytałam się wystarczająco dużo pozytywnych opinii o tym oleju, by skusić się na zamówienie go. Nakładałam sumiennie dwa- trzy razy w tygodniu na noc, znosiłam dzielnie paskudny zapach i czekałam cierpliwie na efekty. Czekałam, czekałam i nic. Efektów nie ma i nie było. Z ulgą pożegnałam puste opakowanie, które w lipcu wylądowało wśród zużyć.


Opakowanie: kartonik, a w nim przezroczysta plastikowa butelka bez żadnego specjalnego dozownika. Nie narzekałam na jej funkcjonalność.

Właściwości fizyczne oleju: (fachowo brzmi ^^)
- konsystencja: płynna nawet wtedy, kiedy olej jest mocno schłodzony (ja swoje oleje trzymam w lodówce). Ogólnie mogę powiedzieć, że Amla należy do olejów o rzadkiej konsystencji (bo np. olejek łopianowy też jest płynny, ale już o wiele gęstszy).
- kolor: półprzezroczysta zgniła zieleń. Przyznam, że obawiałam się zafarbowania włosów- na szczęście żadnych zielonych tonów na mojej czuprynie nie zaobserwowałam, jednak nie polecałabym tego oleju osobom o jasnych włosach (dla blondynek powstała specjalna odmiana Amli, która ze zgniłą zielenią nie ma nic wspólnego).
- zapach: na moje oko (a raczej nos) olej przypomina zapachem publiczne toalety- środki odkażające do tych miejsc mają właśnie taką specyficzną woń. W dodatku zapach jest dość intensywny i długo się trzyma- t-shirt czy poszewka na poduszkę od razu była do wymiany. Nakładając ten olej na włosy cieszyłam się, że nie mieszkam jeszcze z chłopakiem- on ma co prawda anielską cierpliwość, jednak podejrzewam, że gdybym wgramoliła się do łóżka z tym śmierdzielem na głowie, zostałabym wyrzucona za drzwi :P

Działanie: a raczej jego brak... bo działanie tego oleju na moim skalpie i włosach było właściwie znikome. Nie nawilżał w żaden szczególny sposób, nie wygładzał, nie nabłyszczał, nie odbudowywał... Nie było żadnej różnicy pomiędzy wyglądem moich włosów w te dni, kiedy olej nakładałam oraz wtedy, gdy odpuszczałam sobie tą przyjemność. Ani też żadnej różnicy przed rozpoczęciem kuracji i po jej zakończeniu.
W dodatku za każdym razem po nałożeniu odczuwałam większe swędzenie skóry głowy. Oczywiście nie wyglądało to tak, że po Amli drapałam się bez przerwy, jednak czułam wyraźnie, że mój skalp nie jest zachwycony olejem.

Skład:
- ciekła parafina
- rafinowany olej rzepakowy
- rafinowany olej palmoleinowy
- substancje zapachowe
- ekstrakt z amli (jego zadaniem jest wzmocnienie cebulek, odżywienie włosów, dodanie objętości, zmniejszenie przetłuszczania się włosów, usunięcie łupieżu, przyspieszenie porostu, zapobieganie wypadaniu i przedwczesnemu siwieniu)
- konserwant
- barwniki


Dostępność: drogerie internetowe, Allegro (ja swój kupiłam na Paatal). Dotąd nie spotkałam go w żadnych sklepie stacjonarnym.
Cena: około 11zł za 100ml

Ocena: 1/6 (Jak dla mnie totalna klapa. Wiem, że są osoby, które ten olej uwielbiają- ja niestety nie stanę się jego fanką. I nie chodzi tu tylko o niezbyt sympatyczny zapach- gdyby olej naprawdę działał, byłabym w stanie znieść fakt, że kładę się do łóżka śmierdząc publiczną toaletą. Niestety swędzenie skóry głowy oraz niezadowalający mnie skład totalnie przekreślają ten olej w moich oczach).

Kupując ten olej miałam nadzieję, że po jego użyciu moje włosy będą wyglądać właśnie tak jak włosy tej pani :P


Pomachałam trochę butelką, by lepiej było widać, jak zielone zabarwienie ma olej.


Niezaprzyjaźniona z Amlą oddaję teraz moje włosy pod opiekę łopianu ze skrzypem polnym - pierwsze testy już za mną i muszę powiedzieć, że jestem zachwycona! Nie śmierdzi i przede wszystkim działa! ;)

Dajcie znać, czy miałyście przyjemność stosować tego śmierdziela i jak się u Was sprawdził?
Buziaki!
Witajcie kochani!
Jest to jedna z notek, które opublikują się automatycznie podczas mojej nieobecności. Pewnie jestem teraz we Wrocławiu i zwiedzam :)

Dziś poczytacie o kosmetyku, z którym wiązałam ogromne nadzieje, jednak okazał się bublem. Przed Państwem deo-balsam w kulce Alterra z melisą lekarską i szałwią.


Opakowanie: tradycyjny kształt kulkowca. Niestety pojemniczek jest szklany- to troszkę komplikuje sprawę, jeśli chcemy zabrać go ze sobą w podróż. Jest cięższy i bardziej delikatny niż plastikowy. Jednak wygodny w użytkowaniu- kulka nanosi na skórę odpowiednią ilość kosmetyku.

Użytkowanie: Balsam nie pozostawia śladów na ubraniu. Pachnie bardzo ładnie- orzeźwiająco- jakby cytryną i limonką. Nie spowodował u mnie podrażnień ani uczulenia.

Efekty: Balsam ma zapewniać uczucie świeżości przez cały dzień, chronić przed nadmiernym poceniem i podrażnieniami. No cóż... Tutaj zaczynają się schody. Balsam nie tylko nie chroni przed poceniem, ale mam wrażenie, że wzmaga wydzielanie potu. Nie tylko nie zapewnia świeżości przez cały dzień, ale powoduje, że po godzinie od prysznica zaczynam czuć zapach własnego potu. Totalna masakra. Nigdy nie miałam problemów z nadmierną potliwością, antyperspirantów używałam właściwie tylko zapobiegawczo, a ten balsam sprawia, że dosłownie pocę się jak świnia. I zapach mojego potu staje się o wiele bardziej wyczuwalny. Dodam jeszcze, że stosowałam go zimą i wczesną wiosną, czyli nie podczas upałów.

Skład: Bardzo pozytywny, naturalny. Wolny od parabenów i soli aluminium. Zawiera sporo wyciągów roślinnych i naturalnych ekstraktów z upraw kontrolowanych biologicznie.

Dostępność: tylko w drogeriach Rossman
Cena: 8zł za 50ml

Ocena: 1+/6 (Dawno nie widziałam większego bubla. Daję mu plusik za świetny skład, ładny zapach, dobrą dostępność i niską cenę. Ale to nie rekompensuje mi jego beznadziejnego działania, dlatego ogólna ocena to 1. Poza tym kosmetyk trafia na moją listę bubli i możecie mieć pewność, że już nigdy więcej nie zawita w mojej łazience).





Ściskam Was- nieobecna ciałem (przed monitorem), lecz duchem zawsze z Wami ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...