ShinyBox wrzesień 2013 - na TAK czy na NIE?

35 Komentarzy
Witajcie Kochani!

Chwilowe zwątpienie i lekki jesienny dołek pokonane. Piękna pogoda sprzyja dobremu nastrojowi, perspektywa kilkudniowego wyjazdu w góry dodatkowo podnosi mi poziom endorfin. Nie żebym była jakąś wielką fanką górskich spacerów, wprost przeciwnie - jestem raczej "góralką nizinną". Cieszy mnie jednak myśl o spędzaniu czasu z bliską osobą oraz zaplanowany maraton filmowy.
Zanim rozpocznę leniuchowanie w górskiej miejscowości, przygotowałam dla Was klika ciekawych (mam nadzieję) wpisów. Pierwszy z nich przedstawi Wam moje spojrzenie na zawartość wrześniowego pudełka ShinyBox.

Kiedy otworzyłam to pudełko, byłam troszkę zawiedziona. W środku wiało pustką. ShinyBox przyzwyczaił mnie do wypełnionych po brzegi kartoników, do pełnowymiarowych produktów. Gdy spytałam Was o zdanie, część - tak jak ja - nie była zachwycona. Inni natomiast uważali, że nie ilość się liczy, a jakość, dlatego lepiej dostać miniaturkę Phenome niż pełnowymiarowy kosmetyk Bielendy.
Jak ostatecznie wyszedł mój bilans?
Tym razem nie jest to ranking, na końcu wyjaśnię Wam, dlaczego.




Phenome Rebalnace Szampon do włosów przywracający równowagę skóry głowy
Pachnie przepięknie, bardzo odświeżająco (jak miętowa guma do żucia). Pieni się bardzo dobrze, jest wydajny, dobrze oczyszcza włosy i skórę głowy. Stosowany codziennie przez kilka dni nie wywołał u mnie podrażnień ani nie powodował swędzenia skalpu. Nie wpływał też negatywnie na przetłuszczanie się włosów, nie obciążał ich. Nie jest to jednak mój ideał. Dlaczego? Po pierwsze ze względu na bardzo wysoką cenę- 250ml kosztuje aż 75zł. Dla mnie to stanowczo za dużo. Po drugie bazą tego szamponu jest Ammonium Lauryl Sulfate. OK, nie jest to SLS czy SLES, ale jeśli już kupuję sobie szampon do codziennego stosowania i płacę za niego 75zł, to wolałabym, żeby nie było w nim laurylsulfatów.




Toni&Guy Classic Shine Gloss Serum
Jedno z lepszych serum na końcówki, jakie stosowałam. Pięknie wygładza włosy - wyglądają jak potraktowane prostownicą. Rzeczywiście dodaje włosom blasku, a jednocześnie nie obciąża ich. Pachnie cudownie, jak dobrej jakości eleganckie perfumy. Pompka trochę się zacina. W składzie mamy niegroźne silikony - jeden lotny oraz kilka łatwych do usunięcia nawet przy pomocy delikatnych detergentów. W składzie również isododecane - substancję ropopochodną. Skład taki sobie - za prawie 40zł za 30ml spodziewałabym się czegoś więcej. Mój hit w kategorii serum - Jedwab z Green Pharmacy - nadal pozostaje niepokonany.




Scottish Fine Soaps Au Lait Mleko do ciała
Mleczko ma rzadką konsystencję - może nie dosłownie jak mleko, ale coś jak śmietanka. Jego zapach kojarzy mi się z mydłem, jest dość trwały, ale po kilku chwilach na skórze pachnie przyjemniej - bardziej jak perfumy niż typowo mydlanie. Dobrze się rozprowadza, szybko wchłania, nawilża przyzwoicie - bez szału, ale nie mam też powodów do narzekania. Skład rozczarowuje już na wstępie: parafina na trzecim miejscu :/ Jestem zawiedziona, że producent ładuje do balsamu olej mineralny i życzy sobie za opakowanie prawie 50zł...




Glazel Kredka do oczu z aplikatorem
Kredki do oczu po prostu nie są dla mnie. Prędzej sobie oko wydźgam niż narysuję równą kreskę. Przemęczyłam się dwa razy i poddałam się. Taka kredka jest niezła na linię wodną, jednak ja nie stosuję czarnego koloru na linię wodną, bo to optycznie zmniejsza moje oczy. Na górną powiekę kredka Glazel okazała się trochę za twarda - niezbyt komfortowo malowało mi się nią kreskę. Na plus zaliczam trwałość. Intensywność koloru średnia. W cenie 23zł moja mama (specjalistka od czarnych kredek) pewnie znalazłaby coś o wiele lepszego (o ile dobrze pamiętam, chyba Eveline miała świetną kredkę za kilka złotych).



Paese Róż z olejkiem arganowym nr42
W opakowaniu kolor wydawał się pięknym połączeniem różu i brzoskwini, idealnym dla mojej ciepłej karnacji. Niestety na skórze na pierwszy plan wybija się intensywny róż, brzoskwinka gdzieś zanika. Róż jest nieźle napigmentowany, nienajgorzej zmielony. Na skórze jednak miałam problem, by odpowiednio go rozblendować - albo nie chciał współpracować z pędzlem, albo znowu totalnie się ścierał. Trwałość tego kosmetyku bardzo mnie zawiodła - już po 2-3 godzinach pigment nie był widoczny na mojej skórze (ja wiem, że moja cera ma tendencję do "zjadania" różu, lepiej trzyma się na niej bronzer). Na plus zaliczam przyjemny zapach kosmetyku.




Dermo Pharma Serum z kwasem traneksamowym
Zawartość saszetki teoretycznie powinna wystarczyć mi na dwa razy, jednak zachłanna Kasia wywaliła od razu wszystko na dłoń i była zmuszona zaaplikować wszystko naraz :P Tego kosmetyku nie jestem w stanie ocenić. Serum kwasowe musi być aplikowane przez długi okres czasu, by móc ocenić, jak wpływa na blizny i przebarwienia. Powiem Wam jedynie, że ten specyfik miał żelową, ale dość rzadką konsystencję, był przezroczysty, pachniał nienajgorzej. Na skórze pozostawiał lepką warstewkę, dlatego ja nie nakładałam już po nim kremu na noc. Na rano moja skóra była lekko zaczerwieniona, ale podrażnienie zniknęło po umyciu twarzy i nałożeniu kremu na dzień.



PODSUMOWANIE:
Zawartość tego pudełka niestety nie zachwyciła mnie. Najlepsze chyba okazało się serum Toni&Guy, drugie miejsce przyznałabym dla szamponu Phenome. Nie jestem jednak zachwycona na tyle, bym chciała w przyszłości kupić któryś z tych kosmetyków (powodem jest tutaj głównie ich stosunkowo wysoka cena). Reszta kosmetyków zupełnie poza rankingiem - nie byłam zadowolona z żadnego z nich.


I jeśli to pudełko miało mnie przygotować na jesień, to przykro mi bardzo, ale ja zgłaszam nieprzygotowanie.




Podone posty:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...