Maseczka cud miód i orzeszki? - Montagne Jeunesse Hot Oil Facial Mask

19 Komentarzy
Miało być monotematycznie, ale... kobieta zmienną jest, dlatego nastąpiła mała zmiana planów. Dziś opowiem Wam o maseczce, z którą wiązałam bardzo duże nadzieje. Spodziewałam się cudu. Jednak kosmetyk mnie zaskoczył- w jaki sposób? Dowiecie się tego, czytając recenzję maski Montagne Jeunesse Hot Oil Facial Mask (relaksująca maseczka na ciepło z olejkiem migdałowym i morelowym).


Opakowanie: Maska sprzedawana jest w jednorazowych saszetkach o zawartości 20ml. Jak dla mnie jest to bardzo dużo- spokojnie wystarczy na dwie aplikacje. Jeśli jednak wolimy nałożyć całość na raz, możemy spokojnie pokryć grubą warstwą całą twarz, szyję i nawet dekolt. Dla mnie ta saszetka jest trochę niewygodna- jest duża, przez co mam problem z wydłubaniem maski do dna (albo saszetka jest za długa, albo po prostu ja mam za krótkie palce...).

Użytkowanie: Skoro jest to maseczka "hot", spodziewałam się, że sama z siebie będzie się rozgrzewać. Niestety tak dobrze nie ma- aby maska stała się gorąca, musimy umieścić saszetkę w gorącej wodzie na około minutę. I tutaj pojawiają się schody- maska ma konsystencję gęstego kremu, jednak pod wpływem ciepła zaczyna zmieniać się w coś, co przypomina mleko... Dlatego ja radzę nie rozgrzewać jej zbyt długo i w zbyt gorącej wodzie, bo potem nie da się jej nałożyć i trzeba czekać, aż zgęstnieje.
Maseczka ma kolor mocno rozbielonej moreli. Nie jest to maseczka stricte glinkowa (chociaż zawiera w składzie kaolin), dlatego nie ma co liczyć, że wyschnie nam na twarzy. Ma konsystencję kremową, pozostawia na dłoniach po aplikacji delikatnie tłustą warstewkę.
Niewątpliwym plusem maski jest zapach- ciężko go opisać (moja mama twierdzi, że to zapach świeżych kwiatów, mi kojarzy się z zapachem kwiaciarni- pomieszanie kwiatów, zieleniny i czegoś jeszcze... może migdałowej nutki?), ale jest intensywny, bardzo przyjemny, pozwala się zrelaksować.

Efekty: Na opakowaniu znajdziemy obietnicę głębokiego oczyszczenia i równoczesnego nawilżenia skóry. Jeśli chodzi o oczyszczenie, to szczerze powiedziawszy ciężko mi się do tego odnieść, bo właściwie nic takiego nie zauważyłam. Ale co do nawilżenia... mmmm... to jest to! Maska pozostawia skórę cudownie gładką, odżywioną, jakby odnowioną. Rzeczywiście dogłębnie i długotrwale nawilża, ale nie natłuszcza przy tym zbyt mocno. Taki efekt właśnie uwielbiam- znikają suche skórki, a równocześnie skóra nie jest przetłuszczona. Maska nie zatyka porów, nie powoduje powstawania zaskórników czy krost. U mnie nie spowodowała żadnego podrażnienia ani uczulenia.

Skład: Ogólnie można powiedzieć, że nie jest źle- pośród tradycyjnej kosmetycznej chemii nie znajdziemy parabenów. Na kolorowo zaznaczono w składzie przeróżne ekstrakty i witaminy. A więc razem z maską nakładamy na twarz takie specjały jak:
- kaolin - biała glinka
- olejek morelowy
- olejek ze słodkich migdałów
- witaminę E
- prowitaminę B5
- witaminę A
- ekstrakt z kwiatów rumianku rzymskiego
- olejek z gorzkiej pomarańczy

Dostępność: Czasami maski tej firmy pojawiają się w Rossmanie (chociaż tej akurat nigdy tam nie widziałam), podobno są też w Douglasie. Ja kupiłam moje saszetki w internetowej drogerii Paatal.
Cena: W drogeriach stacjonarnych od 5zł do nawet 7zł (!), w Paatal 1,50zł za 20ml.

Ocena: 4/6 (Może powinnam być względem tej maski bardziej surowa w ocenie, jednak kiedy pomyślę o tym, jak nawilżona i delikatna była moja cera po aplikacji, jestem w stanie wybaczyć jej kiepską konsystencję, konieczność moczenia jej w wodzie, słabą dostępność i koszmarnie wysoką cenę w sklepach stacjonarnych. Dobrze, że można ją dostać na Paatal, bo inaczej pewnie nigdy nie skusiłabym się na saszetkę maski w cenie 7zł... Podsumowując- lubię ją i nic na to nie poradzę. Cudownie nawilża, nie podrażnia, nie tłuści).



Ta pani na opakowaniu wprowadza nas w błąd. Po nałożeniu maseczki wcale nie będziemy tak wyglądać. I nie wyrosną nam z oczu listki i morelki :(

Dopiero na odwrocie saszetki widać, jak naprawdę będzie wyglądać maska po nałożeniu.

Tutaj parę informacji dla szpanerów, którzy znaju język angielski.

Cudownie kolorowy skład. Troszkę nieostry, ale mam nadzieję, że ciekawscy się doczytają :)

Dodam jeszcze tylko, że nie jestem w żaden sposób związana z drogerią Paatal - podlinkowałam ją w notce, bo uważam, że jeśli jakaś drogeria sprzedaje dużo taniej to samo, za co inni chcą o wiele więcej szmalu, to warto ją promować. Tym bardziej dlatego, że już nie raz robiłam tam zamówienie i wszystkie kosmetyki były w porządku :)

Ściskam :*

P.S. Pamiętajcie o konkursie- macie czas tylko do piątku!!! Klikajcie w zdjęcie poniżej, a przeniesie Was w odpowiednie miejsce, gdzie będziecie mogli poczytać więcej i zgłosić się, jeśli zechcecie :)



Podone posty:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...