Balsam do ust Diva - noname z Chin, który podbił moje serce

25 Komentarzy
Witam Was kochani!

Po pierwsze- do osób zainteresowanych współpracą z BingoSpa- otrzymałam od nich odpowiedź- "duży banner" oznacza obrazek takiej wielkości, jak bannery w moim pasku bocznym (czyli około 250 - 300 pikseli szerokości).

Wybaczcie to moje totalne zaniedbanie blogosfery- przygotowuję się do obrony pracy licencjackiej (trzymać mocno kciuki 28 czerwca!). O dziwo nauka nie zajmuje mi na razie czasu- pochłaniają mnie formalności (jak ja to kocham... -,-).
Poza tym ten cały durny egzamin to pochłaniacz pieniędzy! Nigdy nie przypuszczałam, że to wszystko będzie aż tyle kosztować. Wyobraźcie sobie, że za wydanie dyplomu trzeba im zapłacić 60zł (jeśli wybierzemy dyplom w języku polskim + angielskim, cena wzrasta do 100zł). Dodatkowo życzą sobie aż 6 zdjęć- więc wczoraj Kasia poszła i cyknęła sobie fotki... u najlepszego fotografa w mieście. Cena też była najlepsza- 65zł za 6 zdjęć w formacie dyplomowym i 4 w formacie legitymacyjnym. Do tego doliczcie kwiaty, prezent dla promotorki (btw. co można kupić promotorce?!), ciasta, kawa, woda mineralna (forma dyskretnej łapówki dla komisji egzaminacyjnej) i drukowanie pracy (biorąc pod uwagę, że mam mnóstwo zdjęć, a wydruk strony na kolorowo kosztuje 1zł, pewnie zapłacę około 50zł...). Słowem- jestem megaaaa zła (i mega spłukana...)
Chyba dopadły mnie trzy choroby cywilizacyjne naraz:

Źródło zdjęcia: http://demotywatory.pl/

Ok, koniec z marudzeniem, czas na recenzję.
Przedstawiam Wam przedziwny kosmetyk, który kupiłam rok temu przy okazji robienia zakupów na Dzień Matki. W sklepie z biżuterią Diva upolowałam dla mojej mamy piękny naszyjnik z sową, a dla siebie... niepozorną srebrną kulkę, kryjącą w środku jeden z najlepszych balsamów do ust, jakie kiedykolwiek miałam. Waniliowy balsam do ust Diva - choć jest 'made in China' - podbił moje serce (dopóki nie zainteresowałam się składem).

To dziwne coś, co odbija się w kulce, to wnętrze mojego namiotu bezcieniowego i obiektyw aparatu :P

Opakowanie: lustrzana kulka- odkręca się w połowie. Ja osobiście do balsamów w słoiczkach nic nie mam, więc opakowanie uznaję za wygodne (maziam paluchem po powierzchni balsamu, nakładam na usta, a paluch wycieram o wierzch dłoni- w ten sposób i dłoń jest nawilżona :P). Nie zaprzeczam- poleciałam na opakowanie.

Użytkowanie: balsam pachnie przepięknie- jak budyń waniliowy. Po roku użytkowania zmienił zapach na bardziej chemiczny- wtedy postanowiłam się z nim rozstać.
Konsystencja zależna jest w dużej mierze od temperatury- jednak nawet w zimie nosiłam go w torebce i czekając na autobus maziałam się nim namiętnie. Szybko ogrzewa się pod wpływem maziania go paluchem- jego konsystencja staje się wtedy bardzo zbliżona do Carmexa (zupełnie inna niż różany balsam Styx- który pod wpływem maziania staje się oleisty). Jest taki... balsamiasty xD Nie wiem, jak to opisać- nie kremowy, nie oleisty- przypomina raczej taką niezbyt gęstą maść. Bardzo dobrze rozprowadza się na wargach.
Balsam w opakowaniu jest biały, na ustach jednak nie pozostawia żadnego koloru.
Jest mega wydajny- wystarczył mi na rok porządnego, codziennego stosowania.

Efekty: poza ładnym opakowaniem i słodkim zapachem, balsam Diva ma jeszcze jeden ogromny plus- bardzo przyzwoite działanie. Nawilża usta porównywalnie mocno do kultowego Carmexa! Nie jest to ósmy cud świata, ale zasługuje na ocenę bardzo dobrą pod tym względem.
Na ustach nie pozostawia żadnego koloru, żadnych błyszczących drobinek brokatu- daje efekt mokrych, a raczej lekko natłuszczonych ust ;)

Skład: omójbosze jaki straszny... sama chemia, sam syf.


Dostępność: sklepy z biżuterią Diva (nie wiem, czy jeszcze można go kupić)
Cena: o ile mnie pamięć nie myli 15zł za 8g.


Ocena: 4- / 6 (pachnie ładnie, wygląda nieźle, działa w porządku, ale ten skład... no nie mogłam dać więcej punktów za coś, co mogłaby w zlewce przygotować moja nauczycielka chemii z gimnazjum. Poza tym zwykły Carmex da nam ten sam efekt, a kosztuje o połowę mniej i jest w 3 wersjach- słoik, tubka i sztyft).




Ściskam Was i wracam jak najszybciej się da, ale nie obiecuję, że napiszę coś jeszcze przed 28 czerwca.
Na pocieszenie przesyłam Wam teledysk, którym się pocieszam i rozluźniam przed obroną:



Podone posty:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...