Moje wielkie greckie wakacje - Zakynthos 2013

95 Komentarzy
Witajcie Kochani!

Ostatnie dwa miesiące są dla mnie totalnie szalone i niestety potrwa to jeszcze do końca września. Wybaczcie, że nie odpisuję na komentarze i nie komentuję Waszych postów (bo Wasze blogi odwiedzam regularnie, nie daję tylko znać o mojej obecności).
Podczas mojej nieobecności pytaliście mnie o dwie kwestie:
- nowy serwer na zdjęcia, w którym można dodać ikonki, które po najechaniu na nie kursorem pokazują jakiś tekst - to podpatrzony u Idalii ThingLink.
- gdzie w Krakowie jest drogeria Jaśmin - ul. Długa 76 przy Kleparzu (listę wszystkich drogerii Jaśmin znajdziecie TUTAJ).

Właśnie... co do mojej nieobecności... czyli gdzie byłam, kiedy mnie nie było ;)
Mój kochany chłopak zabrał mnie na cudowne wakacje na grecką wyspę Zakynthos.

Spędziliśmy tam tydzień. Wybrany przez nas hotel (Miro Zante Imperial Resort) okazał się naprawdę świetnym miejscem. Ze względu na zjeżdżalnie, baseny, mini-park rozrywki dla dzieci i fajną polską grupę animacyjną, około 70% turystów stanowiły rodziny z małymi dziećmi. Nasz hotel Imperial stanowił jedynie 1/3 całego kompleksu hotelowego Miro - obok był jeszcze Royal i Palazzo. Razem te trzy hotele tworzyły małe miasteczko. Każdy z hoteli miał osobną restaurację i basen, jednak to właśnie przy basenie Imperiala działał team animacyjny i turyści z dwóch pozostałych hoteli przychodzili do nas.





Inna część hotelu - Miro Palazzo Di Zante



Jedzenie było przepyszne, przytyłam kilka kilogramów... Aż strach pomyśleć, ile ważyłabym po dwutygodniowych wakacjach :P (napój w szklance to nie piwo, tylko sok jabłkowy - ja piwa nie pijam)

Nie byliśmy zadowoleni jedynie z przyhotelowej plaży - była mała, sprawiała wrażenie brudnej (z drzew spadały zeschłe listki i pokrywały brzeg i dno morskie, przyklejały się do stóp, były takie fuuuuj) i wiecznie zapełnionej. Poza tym za leżaki oczywiście trzeba było płacić. Zdecydowanie woleliśmy relaks przy basenie lub plażowanie na Gerakas, ale o tym poniżej.

Widok na nasz hotel. Z tej perspektywy widać jedynie Imperial.

Te ciemne plamy w morzu to właśnie te opadłe z drzew listki, które tak mnie zniechęciły do tej plaży.

Trzeci hotelowy basen - tym razem w części Miro Zante Royal Resort. To chyba najgłębszy (głębokość dochodziła prawie do 2,5m) i najspokojniejszy basen w całym kompleksie hotelowym. Oczywiście poza tym czasem, kiedy odbywał się w nim mecz water polo.

Na terenie naszego kompleksu hotelowego znajdowało się kilka sklepów, w których znaleźć można było takie hity jak np. iWatch za 25 Euro czy okulary Ray Ban za 8 Euro. Nic dziwnego, że tam w Grecji wszyscy nosili jakieś markowe okulary i zegarki - na pierwszy rzut oka nie dało się rozróżnić, czy ktoś ma oryginalne Wayfarery czy też takie za kilka Euro.

Na komfort nie mogliśmy narzekać - nasz pokój był bardzo przestronny, czysty. Pomimo tego, że nie klasyfikowano go jako pokój z widokiem na morze, mieliśmy bardzo ładny widok.

Jedzenie w hotelowej restauracji było nieziemskie! Ogromny wybór, pyszny smak, do tego super obsługa na sali. Plus również dla polskiego teamu animacyjnego - zwłaszcza za Aqua Splash - proste układy taneczne do 3-4 piosenek wykonywane w wodzie w ten sposób, by jak najbardziej nachlapać na siebie nawzajem. Cudowna zabawa!
Jedyne co nie wyszło to "Wieczór Grecki" - zaproszono na niego podobno najlepszą kapelę na wyspie (chyba jedyną...). W jej skład wchodziło trzech muzyków i dwie tancerki. Klawiszowiec patrzył na widownię wzrokiem zbitego psa, jakby mu za karę kazano grać. Wokalista z brzuchem jak kobieta w zaawansowanej ciąży mnogiej określony został przez pewnego pana jako "jedenasty syn Denisa Roussosa z bardzo nieprawego łoża" :P Muzyka była tak smętna, że ciężko było jej słuchać na trzeźwo, dlatego polscy animatorzy zaoferowali nagrodę dla kogoś, kto przetrwa całą imprezę bez procentów (wierzcie mi, to było trudne zadanie :P).

Ja niestety nie bawiłam się na Aqua Splash ani raz... Pierwszego dnia chciałam zobaczyć, na czym to w ogóle polega, kolejnego dnia nie było nas w hotelu w czasie Aqua Splash, potem wycieczki, a potem... rozchorowałam się i z zatkanym nosem nie miałam siły szaleć w wodzie.

Kompleks hotelowy Miro położony jest na półwyspie Vassilikos. Otaczają go niewielkie zabudowania wiejskie i ciągnące się kilometrami gaje oliwne. To idealne miejsce dla osób, które chcą odpocząć od miejskiego zgiełku.



Po drugiej stronie półwyspu Vassilikos znajduje się słynna plaża Gerakas, należąca do obszarów chronionych w ramach National Marine Park, ponieważ jest miejscem lęgowym żółwi morskich Caretta-Caretta zagrożonych wyginięciem. Plaża jest otwarta tylko od 6:00 do 19:00.

To właśnie Caretta-Caretta w rozmiarze XS. Te maluszki spotkaliśmy w SOS dla Żółwi - miejscu, gdzie trafiają małe żółwiki, które same nie potrafią sobie poradzić i bez pomocy człowieka prawdopodobnie nie przeżyłyby. Wstęp do SOS jest bezpłatny, choć oczywiście mile widziane są datki na pomoc zwierzakom. Dorosłych żółwi Caretta-Caretta niestety nie udało nam się zobaczyć.

Ogrodzone gniazda żółwi na plaży Gerakas


Gerakas

Gerakas (nasza przewodniczka nazwała ten wyłom w skale "nadgryzioną kanapką" :P)

Gerakas

Gerakas

Gerakas

Z oferty wycieczek fakultatywnych wybraliśmy dwie, które naszym zdaniem pozwalały najlepiej poznać wyspę Zakynthos - Rejs Pirata (podczas którego wielkim statkiem opływaliśmy całą wyspę dookoła) oraz Island Tour (podróż autokarem do największych atrakcji na wyspie). Z obydwu wróciliśmy bardzo zadowoleni i zdziwieni, że tak mała wysepka (jej powierzchnia wynosi niewiele ponad 400km kwadratowych, zamieszkuje ją ok. 40tys. ludzi) jest tak bogata w różne atrakcje. Dodam jeszcze, że zarówno Zakynthos jak i sąsiednia Kefalonia zostały w 1953 prawie doszczętnie zniszczone przez bardzo silne trzęsienie ziemi.

Wycieczkę 'Rejs Pirata' rozpoczęliśmy w porcie Zakynthos - największym porcie na wyspie. Tam wpakowano nas na piracki statek- dokładnie taki, jak pływa w Kołobrzegu czy innym Mielnie :P

Port w Zakynthos z perspektywy kapitana pirackiego statku. Wysoka biała wieża to dzwonnica zbudowanego w weneckim stylu kościoła św. Dionizosa. Znajdują się w nim relikwie św. Dionizosa - patrona wyspy.

Rejs rozpoczęliśmy od wschodniego wybrzeża - zdecydowanie bardziej łagodnego, choć nieszczególnie sprzyjającego turystyce - na Zakynthos niewiele jest plaż, które pozwalają na rozłożenie się na ręczniku i kąpiele w morzu. Większa część wybrzeża pozbawiona jest plaż, piaseczek znajduje się najczęściej jedynie w zatokach. Najdłuższa plaża na wyspie to ta w rejonie Laganas - ma aż 9km długości.

Góry na horyzoncie, ale to wciąż wschodnie, łagodniejsze wybrzeże.

Kiedy nasza piracka łajba zbliżała się do przylądka Skinari, w oddali za mgłą majaczyła Kefalonia.
Jak Skinari, to i Blue Caves - jedna z największych atrakcji wyspy. Na zdjęciu - Jaskinia Mnicha, rozpoczynająca pasmo Błękitnych Jaskiń. Według legendy pewien mnich zakochał się w pięknej dziewczynie. Był o nią tak chorobliwie zazdrosny, że łańcuchami przykuł ją do ściany jaskini i codziennie donosił jej jedzenie i picie. Niestety pewnej nocy przypływ był tak duży, że dziewczyna utonęła. Zrozpaczony mnich w geście pokuty sam przykuł się do ściany jaskini i zginął tak jak ukochana. Kiedy podpłynie się do Jaskini Mnicha widać w środku łańcuchy na pamiątkę tej tragicznej miłości.

Błękitne Jaskinie

Fajną opcją jest wynajęcie łodzi ze szklanym dnem. Ja podziwiałam Błękitne Jaskinie najpierw z pokładu pirackiego statku, a następnie z motorówki podczas drugiej wycieczki - Island Tour.






To co prawda już nie Blue Caves, ale jedna z wielu jaskiń u wybrzeży Zakynthos. Zatrzymaliśmy się tam, by chętni na kąpiel mogli troszkę popływać. W podziwianiu skał i błękitnej wody przeszkadzały jednak meduzy, które poparzyły kilka osób.
To zdjęcie nie jest przerabiane w PhotoShopie. To Błękitne Jaskinie podziwiane z mniejszej niż statek piratów łodzi motorowej (sterowanej przez kapitana Szalonego Dimitrisa, który do jaskiń wpływał dosłownie na centymetry).

Na łodzi Szalonego Dimitrisa. Sam rejs taką motorówką był dla mnie fajnym przeżyciem :)

Prawie jak Louboutin ;)



Z Błękitnych Jaskiń było już niedaleko do kolejnej atrakcji wyspy - Zatoki Navagio, zwanej Zatoką Wraku. Ją również podziwiałam z dwóch perspektyw - podczas Rejsu Pirata statek zacumował przy plaży i mogłam wysiąść na ląd, a podczas Island Tour oglądałam Navagio z punktu widokowego umiejscowionego na otaczającym zatokę klifie.
Przyznam, że sam wrak mocno mnie rozczarował... Kupa złomu i tyle. Zachwycała natomiast błękitna woda - w kolorze tak intensywnym, że aż ciężko było uwierzyć, że jest prawdziwa.

Do dziś nie wiem, w jaki sposób piracki trójpokładowy statek zacumował tak blisko plaży. Teoretycznie powinien osiąść na mieliźnie, ale nic takiego się nie stało.
To coś szumnie zwie się "platformą widokową" :P Kolejka do tej platformy była ogromna, czekaliśmy chyba ze 40 minut, by przez kilka sekund zobaczyć Navagio z góry, zrobić dwa zdjęcia i zostać wypchniętym przez napierający ciekawy tłum z kolejki za nami...

Ta perspektywa uzmysławia, jak ogromne klify otaczają Navagio. Widoczny na plaży wrak to statek Panagiotis, który znalazł się tam na początku lat '80 XX wieku. Według informacji naszego przewodnika statkiem przemycano włoski alkohol i tytoń, jednak u wybrzeży Zakynthos Panagiotis został wypatrzony przez straż przybrzeżną. Wiał silny wiatr, fale były wysokie. Załoga Panagiotis chciała ukryć się w Zatoce Navagio, ale nie wiedzieli, że zatoka ta skupia prądy morskie. Statek osiadł na mieliźnie, a Grecy... jak to Grecy - nie pofatygowali się o uprzątnięcie go. Z czasem rdzewiejący wrak zaczął być traktowany jako dodatkowa atrakcja przepięknej plaży.

Włączył się mój lęk wysokości :P


Z Zatoki Wraku popłynęliśmy do Porto Vromi, gdzie nad taflą wody zobaczyć można oblicze samego boga Posejdona. Widzicie zarys nosa i oka?

A tutaj jedna ze Smoczych Jaskiń. Legenda mówi, że wieki temu w tych jaskiniach mieszkały smoki. Wzbraniały one ludziom dostępu do słodkiej wody, spływającej po ścianach w tych jaskiniach. Aby nie umrzeć z pragnienia, ludzie musieli przekupywać smoki... cebulą. Na Zakynthos cebule są bardzo specyficzne- wielkie jak 4 nasze, spłaszczone. Moim zdaniem to niezły deal - cebula za wodę. W Krakowie Smok Wawelski sobie dziewic życzył...

Te dwie skały mają swoje imiona, których ja niestety nie potrafię sobie przypomnieć. Według legendy jest to zakochana w sobie para zamieniona w skały przez rozgniewanego Posejdona, któremu nie spodobała się ich miłość. Ze skałami związany jest też przesąd - przepływając obok nich należy spojrzeć w oczy swojej drugiej połówce i pocałować ją, a miłość będzie trwała wiecznie ;)

Czy ta wysepka nie przypomina Wam wielkiego kamiennego żółwia? To właśnie Marathonisi - Żółwiowa Wyspa. Nazywa się tak nie tylko ze względu na swój kształt, ale również dlatego, że żółwie morskie Caretta-Caretta upodobały ją sobie jako miejsce składania jaj.


A tu już zdjęcia wyłącznie z drugiej wycieczki - Island Tour, podczas której autokarem wyruszyliśmy na zwiedzanie najciekawszych miejsc na wyspie. Były już Błękitne Jaskinie z perspektywy motorówki, była już platforma widokowa nad Zatoką Wraku. Podczas tej wycieczki zwiedziliśmy jeszcze Kamienny Park w Askos, monastyr św. Dionizosa w Anafonitrze, malutką winiarnię Callinico, a także zatrzymaliśmy się w sklepie z regionalnymi pamiątkami, tradycyjnej tawernie oraz na parkingu za Katastari, skąd był niesamowity widok... To wszystko na zdjęciach poniżej.
Parking za Katastari, skąd rozciąga się piękny widok na część wschodniego wybrzeża. Widoczne na zdjęciu jeziorka to pola solankowe w Alykes.

Na zdjęciu Kamienny Park Askos - największy park w południowozachodniej Grecji. Teren parku zagospodarowany jest w ten sposób, by nie niszczyć naturalnie rosnącej tam roślinności (około 200.000 dzikich roślinek) i starych zabudowań takich jak mający 600 lat zbiornik na wodę czy zabytkowe konstrukcje do produkcji wina. Na terenie parku żyją zwierzęta - zarówno te miejscowe jak i sprowadzone z innych rejonów Grecji i nie tylko, tak więc Askos jest połączeniem parku krajobrazowego, skansenu, ogrodu botanicznego i ZOO.

W Askos koty są tak zadomowione, że nawet nic sobie nie robią z zaczepiających je turystów. Śpią gdzie popadnie, ruszając się dopiero wtedy, kiedy ktoś je przypadkiem nadepnie.

Świetnym przeżyciem było karmienie jelonka. Nasz przewodnik mówił, że to jelenie dama dama - zdziwiliśmy się, bo nikt nie znał takich egzotycznych jeleni. Dopiero po powrocie do domu sprawdziłam w internecie, że dama dama to po prostu daniele :P Nie jestem jednak pewna, co to za zwierzątka tak naprawdę były, bo w ulotce na temat Askos napisane jest, że są to zagrożone wyginięciem jelenie platonia, ale o nich nikt nic w internecie nie napisał...

Najlepsze z całej wizyty w Askos było karmienie szopów.

Szopy mają urocze, miękkie łapki...
A to monastyr Monitis Panagias w Anafonitrii, wybudowany w XVI wieku. Trzęsienie ziemi z 1953 roku oszczędziło klasztor - naruszona została jedynie dzwonnica. W klasztorze 10 lat swojego życia spędził św. Dionizos - patron wyspy. Był tam opatem. Legenda mówi, że pewnej nocy do bram klasztoru dobijał się jakiś mężczyzna. Św. Dionizos wpuścił go i dał mu schronienie, mimo że mężczyzna uciekał przed policją. Kiedy policjanci zapukali do bram klasztoru, św. Dionizos nie zdradził, że jest w nim uciekinier, nawet wtedy, gdy policjanci wyznali mu, że złoczyńca zabił brata św. Dionizosa. Dionizos przebaczył żałującemu swoich win mordercy i pomógł mu uciec z wyspy.
Następnym punktem wycieczki był sklep z regionalnymi przysmakami. Na zdjęciu- pyszne miody z orzechami - do wyboru był miód tymiankowy i pomarańczowy. Rozkrzyczani greccy sprzedawcy wprost zmuszali nas do skosztowania wszystkich ich smakołyków, co oczywiście nie musiało skończyć się zakupem. Oni po prostu chcieli, żebyśmy poczuli smak tych naturalnych, prawdziwie organicznych specjałów, wyprodukowanych na Zakynthos - w miejscu, gdzie nie ma żadnego ciężkiego przemysłu, gdzie woda jest krystalicznie czysta, powietrze świeże, a gleba nie skażona chemią.


Coś pysznego - oliwa z oliwek z przyprawami. Nie tylko pięknie wygląda, ale i wyśmienicie smakuje. Najlepiej zamiast masła do chleba :)
W tradycyjnej greckiej tawernie zamówiłam Moussakę - grecką zapiekankę z bakłażana, ziemniaków, mięsa mielonego, z sosem pomidorowym i beszamelowym. Nie wygląda może zbyt apetycznie, ale wierzcie mi na słowo, że to pychota!

Oko pawia jest obecne również w greckiej kulturze (podobno to jedyny pogański symbol dopuszczony przez grecki kościół) - jego zadaniem jest odpędzanie od nas zawistnych ludzi.

Ostatnim punktem wycieczki Island Tour była wizyta w małej winiarni Callinico. Od ponad 100 lat produkuje się tam wino bardzo specyficzną metodą - najpierw lekko podsusza się winogrona na słońcu (nie do etapu rodzynek, tylko lekko :P), następnie mieli się je na masę i dopiero wtedy poddaje fermentacji. Callinico produkuje kilka rodzajów specyficznych win - jednym z nich jest Verdea - wino niedojrzałe, bardzo wytrawne (tak wytrawne, że aż mnie wykręciło podczas degustacji :P). Ciekawe jest również ich wino deserowe - okropnie słodkie, ale z oryginalnym aromatem. Świetne jest to, że w winiarni Callinico można nie tylko przyjrzeć się procesowi produkcji, ale również skosztować każdego z win i kupić wybrane w korzystnych cenach. My zdecydowaliśmy się na dwie butelki półsłodkiego czerwonego Imiglikos (znaliśmy Imiglikos już wcześniej, ale to produkowane na Zakynthos jest nieco słodsze i bardziej aromatyczne) oraz butelkę półwytrawnego wina białego, cudownie lekkiego.
Kolejne tradycyjne greckie danie - Souvlaki - czyli szaszłyki mięsne. Te jedliśmy na statku pirackim podczas Rejsu Pirata. Chociaż może słowo "jedliśmy" nie jest tutaj odpowiednie, bo ja nie byłam w stanie nawet ugryźć tych szaszłyków. To nie było mięso, tylko same skóry wysmażone na jakimś przypalony, śmierdzącym tłuszczu. Z tego całego dania zjadłam jedynie pieczywo...

Gruba ryba ułowiona przez starszego Greka w okolicach plaży Gerakas.
W barze przy plaży zamówiliśmy sobie Ouzo - grecką wódkę o anyżowym, lekko słodkawym posmaku. Spodziewaliśmy się, że podadzą nam ją w kieliszku, jak to wódkę. A tymczasem barmanka nalała nam Ouzo (40% vol!!!) do wysokich szklanek, dodała trochę lodu i gotowe... Gdybym to całe miała wypić, padłabym tam trupem. Upiłam parę łyków, a i tak czułam szum w głowie.
Najpyszniejsze lody ever!!!! I do tego wspierające Fair Trade. Widział je ktoś może w Polsce? Albo nie, nie mówcie mi- miałam się przecież odchudzać :P
Moje cudowne okulary - tak, tak, to te wygrane u Bless the Mess ;) Na wakacje nie brałam soczewek kontaktowych, więc dobrze było mieć pewność, że moje oczy są chronione od promieniowania dzięki dobrej jakości soczewkom w okularach słonecznych.

Taką właśnie zapamiętam wyspę Zakynthos (zwaną przez wenecjan Zante): malowniczą, spokojną, sielską i zieloną, mimo że na wyspie od maja do później jesieni nie pada ani kropla deszczu.

Tym razem z wakacji nie przywiozłam ani jednego kosmetyku (poza mydełkiem oliwkowym dla babci) - nie znalazłam nic ciekawego. Owszem, były produkty pielęgnacyjne z oliwą z oliwek, ale 8 Euro wolałam wydać na regionalne produkty spożywcze niż na kolejny do kolekcji balsam do ciała, który zużyję może dopiero za rok.

 Podsumowując - z tych wakacji jestem niesamowicie zadowolona. Było pięknie! Ten tydzień spędziłam dokładnie tak, jak marzyłam - wypoczęłam, zwiedziłam cudowne miejsca, zrobiłam zapas pozytywnej energii na cały rok. I chyba przełamałam mój lęk przed lataniem samolotem, pomimo że lądowanie w Grecji było twarde :P

Czy polecam wakacje na Zakynthos? Powyższe zdjęcia mówią chyba same za siebie. Ostrzegam jednak, że wielbiciele szalonych, imprezowych wakacji mogą czuć się rozczarowani. Zakynthos to raczej idealne miejsce dla rodzin, dla osób starszych i tych wszystkich, którzy na wakacjach wolą spokój i ciszę od imprezowego szumu.

Kochani, nie zanudziliście się, oglądając zdjęcia? Mam szczerą nadzieję, że udało mi się przekazać Wam choć odrobinę mojego zachwytu nad tą grecką wyspą :)
Dajcie znać, jak Wam się podoba?
Może znacie Zante lub inne greckie wyspy?



Podone posty:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...