Mordoklejka od Essence + rezygnacja ze współpracy z BingoSpa

110 Komentarzy
Kochani!

Dzisiejszego posta zacznę od końca, a więc od krótkiej informacji na temat mojej współpracy (a raczej jej przerwania) z firmą BingoSpa. Postanowiłam w tym kwartale nie kontynuować tej współpracy. Dlaczego? Współpraca w poprzednim kwartale przebiegała sympatycznie, nie miałam żadnych zastrzeżeń do firmy i osób, które w jej imieniu kontaktowały się ze mną. Teraz jednak otrzymałam informacje, że do programu współpracy zgłosiło się ponad 200 blogerek, a do wyboru do testów w ramach współpracy było... 5 produktów. Uznałam, że to bez sensu- znowu wszędzie będą te same recenzje, czytelnicy będą znudzeni. Mam też teraz sporo innych kosmetyków, które chciałabym Wam pokazać, a jednocześnie nie chcę zanudzić Was śmiertelnie "suchymi" recenzjami. Dlatego grzecznie podziękowałam. Co nie zmienia jednak mojej pozytywnej opinii o samej firmie jak i ich kosmetykach (bo większość stosowanych przeze mnie kosmetyków BingoSpa sprawdziło się u mnie nieźle).

Dziś czas na drugą recenzję w ramach akcji maseczkowej. Pierwszy post, zawierający wszystkie ważne informacje, zasady TAGu: Październik miesiącem maseczek, znajdziecie TUTAJ.

Po kliknięciu w banner przeniesie Was na bloga organizatorki akcji- Maliny.

Opowiem Wam dziś o masce przywiezionej z Włoch- Essence My Skin Deeply Moisturizing Paper Mask. Czy warto było rezerwować dla niej miejsce w bagażu?


Opakowanie: Płat maseczki zamknięty jest w dość sporej foliowej saszetce. Opakowanie przyciąga wzrok kolorową grafiką. Jest wygodne- przed aplikacją maski bez problemu otworzyłam go nawet bez nożyczek.


Użytkowanie:
+ Forma - maska jest w formie płatu nasączonego serum. Ja osobiście uwielbiam tego typu maski- nie muszę martwić się zmywaniem, babraniem paluchów w masce itp, ale...
- Wykonanie płatu - płat w tej masce jest po prostu okropny! W ogóle nie dopasowuje się do twarzy- na czole jeszcze było ok, ale na policzkach strasznie się marszczył, a na brodzie i nosie odstawał... Chyba z 10 minut spędziłam przed lustrem, próbując go dopasować.Co najgorsze- otwory na oczy są tylko nacięte, a nie wycięte, więc te "klapki" z oczu musimy albo odciąć- babrając się w mocno namoczonej serum masce, albo zostawić, co nie jest zbyt wygodne, bo maska wtedy nie przylega pod oczami tak jak powinna. Grrrr!
+ Nasączenie - maska nasączona jest dość gęstym, tłustawo-lepkim w dotyku serum. Moim zdaniem poziom nasączenia jest odpowiedni- nie kapie, ale też przez cały czas aplikacji nie wysycha.
- Zapach - spodziewałam się ogórka, a tu co? Sama chemia w saszetce!
+ Czas aplikacji - 10-15 minut, czyli nie za długo i nie za krótko

Niestety aplikacja maski nie wyglądała tak pięknie jak na powyższej grafice...

Jak widać- na policzkach maska mocno się marszczy, na brodzie i nosie odstaje.

Efekty:
- W czasie aplikacji - zazwyczaj kiedy nakładam maski w formie płatu, moja skóra się relaksuje, odprężają się mięśnie mimiczne- tym razem jednak było inaczej- czułam nieprzyjemne napięcie skóry i pieczenie.
- Nawilżanie - właściwie po aplikacji nie jesteśmy w stanie ocenić, czy nasza skóra jest gładsza i nawilżona. Dlaczego? Bo pokrywa ją lepki i tłusty film! Helloł, nawilżenie to coś innego niż natłuszczenie, a producent chyba o tym zapomniał...
+/- Podrażnienie - po zdjęciu maski moim oczom ukazała się dość mocno zaczerwieniona skóra... Na szczęście podrażnienie ustąpiło po kilkunastu minutach. Maska nie spowodowała zapchania skóry.


Skład: Zadziwiająco sympatyczny! Producent zachował się aż za skromnie, informując na opakowaniu jedynie o ogórku- bo w składzie mamy inne specyfiki- nawet ekstrakt z ziaren baobabu. Na zielono zaznaczyłam Wam ekstrakty roślinne i kwas hialuronowy- sporo tego i to bardzo wysoko w składzie! Substancje zapachowe na samym końcu- to się chwali. Niestety dwa parabeny, ale na pocieszenie- również na końcu. Nie ma parafiny czy oleju mineralnego, ale jest za to silikon i trójglicerydy.

INCI: Aqua, Butylene Glycol, Glycerin, Betaine, Portulaca Oleracea Extract (portulaka pospolita), Passiflora Edulis Fruit Extract (marakuja), Citrus Tangerina (Tangerine) Extract (mandarynka), Rubus Ideaus (Raspberry) Fruit Extract (malina), Adansonia Digitata Seed Extract (baobab), Cucumis Sativus (Cucumber) Fruit Extract (ogórek), Caprylyl/Capryl Glucoside, Propylene Glycol, Rosa Canina Fruit Oil (dzika róża), Caprylic/Capric Trigliceride, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil (słodkie migdały), Cyclopenthasiloxane, Dipotassium Glycyrrhizate, Sodium Hyaluronate (kwas hialuronowy), Sodium Ascorbyl Phosphate, Glyceryl Acrylate/Acrylic Acid Copolymer, PVM/MA Copolymer, Disodium EDTA, Carbomer, Dehydroxanthan Gum, Sodium Hydroxide, Phenoxyethanol, Methylparaben, Propylparaben, Parfum, Benzyl Salicylate, Hexyl Cinnamal.


Dostępność: w Polsce te maski chyba nie są dostępne. Ja mój egzemplarz kupiłam we Włoszech.
Cena: 1,49 za sztukę


Ocena: 1+/6 (Maska ląduje wśród bubli pomimo fajnego składu, bo niestety w innych aspektach się nie sprawdziła- pozostawiała lepką, tłustą warstwę na twarzy, lekko podrażniała, okropnie pachniała. Po zmyciu tłustej warstwy skóra niestety nie jest "dogłębnie nawilżona", jak obiecywał producent. Dodam jeszcze, że taką samą maskę przywiozłam dla siostry i ona miała na jej temat dokładnie takie samo zdanie jak ja.)

Podsumowując- maska tylko niepotrzebnie zajmowała mi miejsce w bagażu- dobrze chociaż, że nie jest duża i ciężka. Nie musicie żałować, że nie ma jej w Polsce- no chyba, że lubicie mieć na twarzy substancję przypominającą lep na muchy.

Tutaj możecie zobaczyć te "klapki", na które narzekałam powyżej. Ja zdecydowałam się ich nie odcinać, bo akurat nie miałam pod ręką nożyczek, a nie chciałam ich szukać, by maska nie zaczęła wysychać. Przez to maska gorzej przylegała pod oczami. Moim zdaniem producent powinien zadbać o to, by takie "klapki" zostały odcięte, a nie tylko nacięte!


Jak Wam idzie październikowe maseczkowanie?


P.S. A oto mój i Wasz ulubieniec, którego powinniście pamiętać z posta o psiej pielęgnacji (TUTAJ). Oto, co Olis wyczyniał na mojej poduszce, podczas kiedy ja się maseczkowałam:


Mam już wyniki badań na bakterie i pasożyty. Okazało się, że Olis ma bakterię z rodziny gronkowców. Dostał już od weterynarza antybiotyki wewnętrznie i zewnętrznie (do przemywania strupów), więc mam nadzieję na szybki powrót mojego pupila do zdrowia :)


Podone posty:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...